Jak stawiać granice dziecku? Rozmowa z Mariolą Kurczyńską o wychowaniu

Jak stawiać granice dziecku? Rozmowa z Mariolą Kurczyńską o wychowaniu

Jak stawiać granice dziecku, żeby nie ranić, nie krzyczeć i nie wychowywać w strachu, a jednocześnie nie zamieniać domu w strefę bez zasad? O tym, jak być rodzicem szczęśliwego dziecka Alicja Sękowska, prowadząca Well Be Stories, rozmawia z Mariolą Kurczyńską: pedagogiem, terapeutką pedagogiczną i neuroterapeutką.

Jak być dobrym rodzicem i mądrze wychowywać dziecko?

Wychowanie, zasady, granice w wychowaniu dzieci to tematy, które budzą i emocje, i wątpliwości. Z jednej strony nie chcemy być rodzicami „wszystkiego zabraniającymi”, z drugiej boimy się, że bez jasnych zasad wychowamy dziecko zagubione, roszczeniowe albo pozbawione poczucia odpowiedzialności.

W najnowszym odcinku podcastu Well Be Stories gościnią Alicji Sękowskiej jest Mariola Kurczyńska: pedagog, terapeuta pedagogiczny i neuroterapeuta, która od lat wspiera rodziców szukających konkretnych wskazówek, rzetelnej wiedzy i realnych rozwiązań w wychowaniu dzieci. Tworzy przestrzeń dla osób otwartych na rozwój i pozytywne zmiany, pomagając budować mądre, wspierające relacje z dziećmi.

Mariola Kurczyńska jest także autorką książek „Obudź w dziecku olbrzyma” oraz „101 porad rodzicielskich”, a także ebooków „Rozwój od pierwszych dni” i „Rozwój radość relacja” oraz kursów online dla rodziców. Pokazuje, że autorytet nie musi oznaczać dominacji, a granice mogą iść w parze z empatią.

W tej rozmowie przyglądamy się temu, czym naprawdę jest autorytet rodzicielski, jak go budować na zaufaniu, a nie na strachu oraz dlaczego brak konsekwencji dorosłych ma realny wpływ na zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży. Poruszamy też temat wypalenia rodzicielskiego, rozpieszczania dzieci oraz momentów, w których relacja zaczyna się psuć właśnie przez brak granic. To odcinek dla tych, którzy chcą wychowywać dzieci mądre, odważne i szczęśliwe, bez rezygnowania z zasad, które dają im poczucie bezpieczeństwa.

Czytaj: Jak być dobrym rodzicem? Rozmowa z Marielle Tourel o emocjach i granicach

Autorytet, który nie straszy, ale prowadzi

Autorytet to jedno z tych słów, które w rodzicielstwie wywołują dziś lekkie napięcie, trochę jak „dyscyplina” albo „granice”. Wielu rodziców chce być blisko, partnersko i „na luzie”, ale jednocześnie marzy, by dziecko jednak… słuchało.

Tylko jak to pogodzić, żeby nie popaść ani w krzyk, ani w bezradność? Problem wcale nie polega na tym, że dzieci „nie słuchają”, ale na tym, że my sami nie wiemy, jaką rolę naprawdę chcemy pełnić. I właśnie tu zaczyna się opowieść o autorytecie, który nie musi oznaczać strachu, ale odpowiedzialność.

— Kiedyś autorytet kojarzył się właśnie z karami, z takim ślepym wymaganiem posłuszeństwa. Dzieci i ryby głosu nie mają. Cicho mi tu bądź. I myślę, że ciągle większość rodziców trochę boi się samego słowa autorytet, że jak będziemy rodzicem takim z autorytetem, to znaczy, że dzieci będą się nas bać. A my nie chcemy być złymi rodzicami, chcemy być fajnymi rodzicami, żeby kiedyś dziecko do nas przyszło i powiedziało: Mamo, mam problem. Wiesz, pomożesz mi?

Czytaj: Marielle Tourel: co robić gdy dziecko nie słucha. Jak być lepszym rodzicem?

Autorytet to nie tyrania, a jasność ról

Rodzice boją się dziś mówić: „ja decyduję”. Bo kojarzy im się to z przemocą, narzucaniem woli, brakiem dialogu. Tymczasem autorytet nie polega na krzyku, tylko na jasnym komunikacie: to jest odpowiedzialność dorosłego. I właśnie dzięki temu dziecko może spokojnie funkcjonować.

— Rodzice boją się powiedzieć: ja decyduję, o tym decydują dorośli, o tym decyduje mama. Dlaczego? Bo o tym decydują dorośli.

Autorytet nie polega na rozkazach, ale na spójności i czytelności sygnałów. Dziecko bardzo szybko uczy się czytać mimikę, ton głosu, gesty. I jeśli rodzic jest konsekwentny, często wystarczy jedno spojrzenie, by dziecko wiedziało, co jest okej, a co nie. Rodzic staje się wtedy kompasem, nie policjantem.

— Kiedy masz autorytet, wystarczy, że spojrzysz wzrokiem, miną, aprobatą i dziecko wie. Jesteśmy dla dziecka kompasem, latarnią morską.

Czytaj: Jak sobie radzić z lękiem? Rozmowa z Marcinem Matychem, czyli dr. Nerwicą

Gdzie się podziały autorytety?

Autorytet nie rodzi się z krzyku ani strachu, ale z jasnych zasad i konsekwencji. Tymczasem dziś coraz częściej mylimy autorytet z dominacją albo — przeciwnie —  z brakiem wymagań. Efekt? Dzieci, które „nic nie muszą”, nawet powiedzieć dzień dobry. A przecież drobne społeczne rytuały są pierwszym krokiem do szacunku wobec innych ludzi. Bez nich trudno mówić o wychowaniu do życia w społeczeństwie.

— Powiedzenie dzień dobry to pierwszy krok do szacunku innych ludzi. My żyjemy w społeczeństwie, musimy funkcjonować z innymi. Dzień dobry, dziękuję, przepraszam — to są kluczowe słowa.

Gdy autorytetu nie ma, zaczyna się szarpanie

Tam, gdzie nie ma autorytetu, pojawia się walka o władzę. I im dziecko starsze, tym ta walka jest brutalniejsza. Zaczyna się od pyskówek, kończy na agresji fizycznej wobec rodziców. To nie jest teoria – to realne zjawisko, coraz częściej obserwowane.

— Z wiekiem jest tylko gorzej. Dochodzą akty agresji fizycznej, dzieci biją rodziców. To nowe zjawisko: przemoc dzieci wobec dorosłych, kiedy role się zamieniają.

Między strachem a „najlepszą przyjaciółką”: skrajności, które nie działają

Rodzice dziś często uciekają od wszystkiego, co kojarzy się z surowością i dystansem. Problem w tym, że wówczas bardzo łatwo wpaść w drugą skrajność — bycia „kumplem” dziecka.

Wielu rodziców wchodzi dziś w rolę „przyjaciela dziecka” z bardzo dobrych pobudek. Chcą być blisko, chcą rozumieć, chcą uniknąć błędów własnych rodziców. Chcą, żeby dziecko się nie bało, ufało, mówiło o problemach i miało poczucie, że rodzic jest „po jego stronie”.

Intencje są piękne: chcemy relacji opartej na zaufaniu, bliskości i dialogu. Ale to nie zawsze prowadzi do dobrych efektów. Czasem właśnie wtedy, gdy za bardzo staramy się być „fajni”, tracimy to, co dla dziecka jest ważne — przewidywalność i strukturę. Skutek? Relacja przyjacielska, choć brzmi nowocześnie i empatycznie, w rzeczywistości może odbierać dziecku coś znacznie ważniejszego niż swobodę — poczucie bezpieczeństwa.

— Rodzice uciekli w drugą stronę, złapaliśmy drugą skrajność, gdzie teraz jest tak, że jeżeli dziecko nie słucha, to uważamy: nie słucha, ale to dobrze, bo ma swoje zdanie. Ja nie muszę mieć żadnego szacunku. To jest przereklamowane. Ja chcę być przyjacielem dziecka. Moja córka jest moją najlepszą przyjaciółką. No i to jest troszeczkę ślepa uliczka i błędne koło.

Czytaj: Mindful parenting w erze technologii. Jak wychowywać dzieci z uważnością?

„Nie chciałam przyjaciółki, chciałam mamę”

Dziecko może mieć wielu przyjaciół, ale tylko jedną matkę i jednego ojca. Próba zastąpienia roli rodzica rolą kolegi zawsze kończy się stratą — i to po stronie dziecka. Bo ktoś musi być tym, kto bierze odpowiedzialność.

Kiedyś spotkałam się z taką sceną: matka mówiła: No przecież ja byłam taką najlepszą przyjaciółką dla ciebie, a córka odpowiada: Ale ja nie chciałam, żebyś była przyjaciółką. Ja chciałam, żebyś była mamą. A kto będzie moją mamą?’

Kiedy dziecko zaczyna rządzić domem

Wielu rodziców nie zauważa momentu, w którym granica odpowiedzialności zaczyna się przesuwać z dorosłych na dzieci. Na początku wydaje się to nawet urocze: dziecko wybiera, decyduje, „wie, czego chce”. Problem zaczyna się wtedy, gdy to ono przejmuje ster — i nikt już go nie chce odebrać.

Tymczasem dziecko nie jest gotowe na zarządzanie światem dorosłych, choćby było najbardziej bystre na placu zabaw. A brak tej gotowości prędzej czy później zaczyna boleśnie dawać o sobie znać.

— Dochodzi do takich sytuacji, kiedy to dziecko przejmuje rolę dorosłego i ono decyduje o tym, gdzie jedziemy, co jemy, co robimy. To jest ta skrajność, o której mówię. Zapomnieliśmy o tym, jak wygląda struktura rodziny. To jest struktura hierarchiczna. Dzieci i rodzina nie muszą być modne, bo tak jest od zarania dziejów.

Beztroska dziecka rodzi się z tego, że nie musi decydować

Dorosłym często wydaje się, że dając dziecku decyzyjność, budują jego pewność siebie. Tymczasem nadmiar decyzji to dla dziecka ciężar, nie przywilej. Dziecko nie chce rozstrzygać wszystkiego —ono chce czasem po prostu być dzieckiem. I paradoksalnie właśnie wtedy, gdy nie musi decydować, czuje się naprawdę swobodnie.

Gdy dziecko dostaje zbyt dużo władzy, zaczyna funkcjonować w roli, do której nie jest gotowe. Przestaje rosnąć w sposób naturalny, zgodny ze swoim etapem rozwoju. Zamiast uczyć się zależności i współpracy, uczy się kontrolowania dorosłych. I w efekcie nie rozwija się tak, jak powinno.

Relacja pionowa: dlaczego dziecko nie może być partnerem

W świecie dorosłych relacje partnerskie są ideałem: równość, wzajemność, kompromis. Ale rodzina to nie związek dwóch dorosłych ludzi. Dziecko nie jest gotowe na relację poziomą, choćbyśmy bardzo tego chcieli. Ono potrzebuje kogoś starszego, mądrzejszego i bardziej doświadczonego, kto weźmie odpowiedzialność za decyzje. Paradoksalnie, właśnie wtedy czuje się bezpieczne.

Są dwa typy relacji: pozioma i pionowa. My w rodzinie między rodzicami a dziećmi zawsze mamy relację pionową. Zawsze. Nie można mieć z dzieckiem relacji poziomej. Jeżeli próbujemy być przyjacielem dziecka, dziecko tego absolutnie nie kupuje, bo nie jest na to gotowe.

Dziecko nie czuje się bezpieczne tam, gdzie wszystko jest do negocjacji. Bezpieczeństwo rodzi się z jasnej struktury, w której każdy ma swoje miejsce. Relacja pionowa nie oznacza tyranii, tylko odpowiedzialność i przewidywalność. Dziecko nie chce być równorzędnym decydentem – ono chce wiedzieć, że ktoś nad tym wszystkim czuwa. I dopiero wtedy może pozwolić sobie na beztroskę.

— Dziecko czuje się bezpiecznie w relacji bezpiecznej, a bezpieczną relacją jest relacja pionowa, bo każdy ma swoje miejsce w rodzinie. To jest tak jak puzzle. Ja się dobrze czuję, kiedy jestem na swoim miejscu. A kiedy jestem dzieckiem, to ja lubię się czuć beztrosko. Wiem, że tam mama jest, tata jest, ja mogę trochę nie ogarniać, ale tam ktoś czuwa.

Czytaj: Jak trauma kształtuje nasze życie i relacje: rozmowa z Magdaleną Palą

Lękliwe dzieci w „idealnie demokratycznym” domu

Rodzice, którzy oddają ster dzieciom, często są przekonani, że wychowują liderów: pewnych siebie, asertywnych, silnych. Tymczasem rzeczywistość bywa brutalnie inna. Dzieci, które rządzą w domu, bardzo często… boją się świata poza nim. Bo tam nikt nie odda im władzy za darmo. A one nie mają narzędzi, by sobie z tym poradzić.

— Dzieci w takiej relacji bardzo często mają lęki, są dziećmi lękowymi i boją się wyjść poza dom. W domu rządzą, ale to nie działa w szkole, z nauczycielką, z kolegami. Dzieci się wycofują, zamykają się w sobie. To są pierwotne instynkty, które musimy wygaszać, bo inaczej będą rosły.

Czytaj: Social media, AI, patostreamy i cyfrowe granice: rozmowa z Wojtkiem Kardysiem

Kryzys psychiczny dzieci i wypalenie rodziców: cena braku granic

Kiedy struktura w rodzinie się rozmywa, skutki nie kończą się na „niegrzecznych dzieciach”. Dotykają całych systemów rodzinnych i społecznych. Mamy dziś do czynienia z bezprecedensowym kryzysem zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Ale równolegle rośnie też coś, o czym mówi się zdecydowanie za mało — wypalenie rodzicielskie. I to nie jest chwilowe zmęczenie, tylko poważny problem zdrowotny.

— Jesteśmy w przeogromnym kryzysie zdrowia psychicznego dzieci i młodzieży. Jesteśmy na drugim miejscu w Europie, jeśli chodzi o samobójstwa dzieci i młodzieży. A drugi aspekt jest taki, że Polska zajęła pierwsze miejsce wśród 42 krajów, jeżeli chodzi o wypalenie rodzicielskie.

Dlaczego właśnie Polska? Trauma pokoleniowa i wahadło wychowania

Nie wzięło się to znikąd. Dzisiejsi rodzice bardzo często sami wychowywali się w domach surowych, chłodnych emocjonalnie, opartych na karach. Chcąc uniknąć powtórki, zrobili ruch w przeciwną stronę, ale bez leczenia własnych ran i bez wiedzy. Efekt? Wahadło wychowania wychyliło się za bardzo. A dzieci, zamiast skorzystać, otrzymały chaos.

— Rodzice tych dzieci pochodzą z pokolenia, gdzie był pas, kary, zimny chów. I ci młodzi ludzie powiedzieli: ja będę wychowywać zupełnie inaczej. Tylko to są niewyleczone traumy. Nie wystarczy robić odwrotnie niż nasi rodzice, bo jak się okazuje, nie wszystko było złe.

Czytaj: Magdalena Pala o tym, jak trauma kształtuje nasze relacje i życie

Matka idealna, czyli… niemożliwa

Wypalenie rodzicielskie bardzo często dotyka kobiet. Nie dlatego, że są słabsze, ale dlatego, że wymagania wobec nich są absurdalne. Mają być jednocześnie cierpliwe, uśmiechnięte, zadbane, spełnione zawodowo, obecne emocjonalnie i zawsze spokojne. Problem w tym, że taki standard nie istnieje w realnym świecie. A próba jego realizacji kończy się katastrofą.

— Wymagamy od matek, że ona ma być zawsze uśmiechnięta, wszystko ugotowane, wysprzątane, pachnące, od kosmetyczki świeżo zrobiona. To jest niemożliwe. Nie ma takiej opcji. A jeszcze oczekują od siebie, że ona musi być zawsze stabilna emocjonalnie. To droga do wypalenia.

Emocje nie są wrogiem. Tłumienie ich – już tak

Jednym z największych mitów współczesnego rodzicielstwa jest przekonanie, że dobry rodzic to zawsze spokojny rodzic. Tymczasem stabilność emocjonalna nie oznacza braku emocji. Oznacza umiejętność ich przeżywania i regulowania. Dziecko nie potrzebuje matki-robota. Potrzebuje człowieka, który pokazuje, że emocje są normalne i da się z nimi żyć.

— Ty masz być zrównoważona emocjonalnie, ale nie spokojna za wszelką cenę. Jeżeli wybuchasz, to wybuchnij, a potem wróć do neutralnego poziomu. Daj miłość, ale daj też złość. Pokaż, że jedno i drugie jest normalne.

Bez frustracji nie ma szczęścia

Rodzice często chcą oszczędzić dzieciom bólu, płaczu i rozczarowań. Problem w tym, że w ten sposób odbierają im coś znacznie ważniejszego — odporność psychiczną. Frustracja, smutek, złość i lęk są nieodłącznymi elementami życia. Dziecko, które nie nauczy się ich przeżywać w bezpiecznych warunkach, nie poradzi sobie z nimi w świecie. A świat nie będzie delikatny.

— Nie ma szczęścia bez frustracji. Emocje są dualne. Każda emocja ma siostrę. Nie można wybrać tylko tych ładnych. To jest nieprawdziwe i toksyczne.

Czytaj: Jak nauczyć się panować nad emocjami? Rozmowa z Mileną Wojnarowską

Bezpieczeństwo ponad sympatię

Są sytuacje, w których rodzic musi być nielubiany. I to jest absolutnie w porządku. Bezpieczeństwo dziecka zawsze stoi wyżej niż jego chwilowe zadowolenie. Dziecko może płakać, złościć się i protestować — to naturalne. Ale to dorosły bierze odpowiedzialność za decyzje.

— Mamy sytuację, kiedy matka mówi na ulicy: Stop, zatrzymaj się, a dziecko mówi: Nie, ja idę. I co, zgodnie z teorią ma prawo nie słuchać? No hello, ale jest jednak bezpieczeństwo.

Trudne tematy? Nie uciekaj! To właśnie one budują siłę

Śmierć, strata, wojna, lęk — to nie są tematy „dla dzieci” tylko wtedy, gdy ich przed nimi nie ukrywamy. Dzieci i tak czują, że coś się dzieje. A brak rozmowy nie chroni ich, tylko osłabia. Umiejętność przeżywania trudnych emocji to jedna z najważniejszych kompetencji życiowych. I rodzina jest pierwszym miejscem, gdzie można się jej nauczyć.

— Jeżeli piesek odszedł, to mówimy, że odszedł. I pozwalamy dziecku być smutnym. Pozwalamy na łzy, żal, żałobę. Kiedy to wypłynie, dziecko sobie z tym poradzi. Tam gdzie nie ma lęku, tam nie będzie odwagi.

Jeśli usuniesz kamienie, potknie się o piasek

Współczesne wychowanie często chce ochronić dziecko przed wszystkim, co trudne. Tyle że życie nie składa się wyłącznie z przyjemnych emocji. Frustracja, rozczarowanie czy złość to nie wrogowie rozwoju — to jego nieodłączna część. Ucząc dziecko przeżywać trudne emocje, uczymy je życia. Odbierając mu je wychowujemy kogoś kompletnie bezradnego wobec świata.

Rodzicielstwo polegające na ciągłym „wygładzaniu świata” przed dzieckiem przynosi odwrotny efekt. Dziecko nie staje się silniejsze – staje się kruche. Każde drobne niepowodzenie urasta wtedy do rangi tragedii. A przecież rolą rodzica nie jest usuwać przeszkody, tylko nauczyć, jak je pokonywać. I właśnie to jest prawdziwa troska.

— Jeżeli usuwamy kamienie spod nóg dziecka, to nie bądźmy zdziwieni, kiedy ono potknie się o ziarenko piasku.

Czytaj: Milena Wojnarowska o tym, jak nauczyć się panować nad emocjami

Mit bezstresowego wychowania: skąd się wziął i dlaczego wciąż żyje

Bezstresowe wychowanie to hasło, które zrobiło oszałamiającą karierę — głównie dlatego, że brzmi… cudownie. Kto by nie chciał wychować dziecka bez łez, frustracji i napięć?

Problem w tym, że idea, która miała uwolnić dzieci od przemocy, zaczęła być mylona z wychowaniem bez granic. I choć twórca tej koncepcji wycofał się z niej pod koniec życia, mit pozostał i ma się zaskakująco dobrze. Dziś tylko zmienił nazwę — i ubranie w modniejsze słowa.

— Benjamin Spock ze swojej teorii bezstresowego wychowania wycofał chwilę przed śmiercią. Tylko nie wiem, czy do końca dotarło to do nas w ogóle. Po doświadczeniach, po badaniach, po dowodach jasnych powiedział: dobra, kurde, pomyliłem się. Ale idea tak się przyjęła, że my w społeczeństwie bardzo mocno stosujemy bezstresowe wychowanie. Nazywamy to bliskością, podejściem bliskościowym. Zmieniła się nazwa. Bezstresowe to twarda nazwa, ale bliskościowa postawa brzmi fajnie.

Bliskość tak, ale nie bez granic

Bliskość nie jest problemem. Jest wartością i fundamentem dobrej relacji. Ale sama bliskość bez granic przestaje być wychowaniem, a zaczyna być emocjonalną huśtawką. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy bliskość mylimy z rezygnacją z roli dorosłego. Gdy rodzic przestaje być przewodnikiem, a zaczyna być kelnerem spełniającym dziecięce zachcianki.

Dziecko potrzebuje zarówno miłości i czułości, ale i struktury oraz ram, w których może się bezpiecznie rozwijać — i jedno bez drugiego nie działa. Dopiero połączenie tych dwóch elementów daje zdrową relację. I co ważne: granice nie niszczą więzi, one ją wzmacniają. Bez nich bliskość zamienia się w chaos w przebraniu miłości.

— Bliskość jest cudowna i powinniśmy wychować w bliskości. Tylko bliskość jest fajna w połączeniu z granicami. Jeżeli my nie dołożymy tych granic, to wychodzi nam coś bardzo niedobrego. Ja jestem za bliskością ze wszystkich sił i zawsze. Jednak to nie może być taka bezgraniczna bliskość, czyli nadskakiwanie dziecku, żeby ono tylko nie poczuło najmniejszego stresu. To się nie da.

Czytaj: Podróże, rodzina, aktorstwo. Uważność, ambicja i siła: rozmowa z Joanną Moro

Restauracja w domu, czyli kiedy dziecko dyktuje menu

Jedzenie to jedno z pierwszych pól bitew wychowawczych. I jedno z najczęściej przegrywanych przez dorosłych. Bo co złego w tym, że dziecko wybiera, co chce zjeść? Złego nic – o ile to ono nie zaczyna rządzić kuchnią i jadłospisem całej rodziny. Gdy rodzic próbuje spełnić każdą zachciankę, szybko okazuje się, że… nic nie działa.

— Przychodzę z dzieckiem do domu, mówię: Proszę bardzo, zupka. A mała: Ale ja nie chcę zupki. – A co byś chciała? – Mięsko z sosem. Nie było mięska. Poszliśmy do baru mlecznego. Kupiłem. A ona: Ale ja nie chcę mięska. – A co chcesz? – Zupę. Nalałem zupy. – Ale ja nie chcę zupy. Chcę owoce. I tu już granica. Dlaczego się pytam? Przecież wszystko robię tak jak ona chce. No właśnie dlatego tak. (…) Granice wiążą się z emocjami i to z nieprzyjemnymi emocjami. Czy dziecko poczuje się niekomfortowo, kiedy powiemy: Nie zjesz tego albo nie zjesz nic? Tak. Czy ma się tak poczuć? Tak. Właśnie o to chodzi.

Dziecko nie wie, czego chce – i to jest normalne

Dorosłym czasem trudno się z tym pogodzić, ale dziecko naprawdę nie jest kompetentne w podejmowaniu decyzji życiowych. Ma pragnienia, zachcianki i impulsy, ale nie ma jeszcze mądrości ani perspektywy. I właśnie dlatego potrzebuje dorosłego – nie partnera, lecz przewodnika. Odbieranie sobie tej roli to nie szacunek dla dziecka, tylko ucieczka od odpowiedzialności. Paradoksalnie, to właśnie granice dają dziecku poczucie bezpieczeństwa.

— Dziecko nie wie, czego chce. Ono mówi, na co ma ochotę, ale nie może wiedzieć, czego chce, bo nie ma mądrości życiowej. Ono się tego dopiero uczy i potrzebuje do tego rodziców.

Dziecko rodzi się mądre, ale potrzebuje dorosłego

Dzieci nie są pustą kartą, ale też nie są gotowymi ekspertami od życia. Mają instynkt, spryt i strategie, które pomagają im przetrwać. Ale nie mają jeszcze wiedzy, doświadczenia i odpowiedzialności. To my – dorośli – jesteśmy od tego, by je w nie wyposażyć. I właśnie na tym polega prawdziwa rola rodzica.

— One rodzą się bardzo mądre, tylko mądre w inny sposób niż nam się wydaje. Nie mogą być mądrzejsze w tym zakresie niż my, bo to my wiemy lepiej niż dziecko.

Czytaj: Dzieci i młodzież a sztuczna inteligencja: zagrożenia i bezpieczne granice. Jak wprowadzać młodych w świat AI?

Granice jak płot, czyli po co dziecku ograniczenia

Granice kojarzą się z zakazami, karami i surowością, ale w rzeczywistości są jak ogrodzenie wokół placu zabaw. Dzięki nim dziecko wie, gdzie może się swobodnie poruszać. Bez granic świat staje się nieprzewidywalny i lękowy. To właśnie jasne reguły budują w dziecku poczucie stabilności. A bezpieczeństwo to podstawa zdrowego rozwoju.

— Granice są jak płot. Czujesz się bezpiecznie, kiedy znasz płot. Wiesz, gdzie jest bramka, gdzie mama będzie krzyczała, gdzie tato da szlaban. Dziecko musi wiedzieć: tutaj okej, tego nie zrobię, bo czuję się nieprzyjemnie, jak mama taką minę robi.

Rutyna i rytm: niedoceniany fundament 

Rutyna brzmi nudno, ale dla dziecka jest jak mapa świata. Dzięki niej wie, czego się spodziewać i co po czym następuje. A przewidywalność daje poczucie bezpieczeństwa. Dzieci, które żyją w rytmie, rzadziej walczą o kontrolę, bo już ją mają – w postaci stałego porządku dnia. I to jest jedna z najprostszych, a zarazem najskuteczniejszych strategii wychowawczych.

— Rytm to bezpieczeństwo. Rutyna to bezpieczeństwo. Jak dziecko wie: bajeczka, kolacja, kąpiel, buziaczek, spać – to tam nie ma dyskusji.

Asertywność czy brak wychowania?

Słowo „asertywność” zrobiło w wychowaniu oszałamiającą karierę. Problem w tym, że coraz częściej służy jako usprawiedliwienie dla zachowań zwyczajnie krzywdzących innych. Asertywność nie polega na tym, że robię, co chcę, niezależnie od konsekwencji. Polega na szanowaniu siebie i innych jednocześnie. Bez tego zostaje tylko chaos ubrany w modne hasła.

— Twoja wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się moja. Jeżeli mojemu dziecku wolno uderzyć twoje, to twojemu tak samo wolno uderzyć moje. I tu zaczyna się jazda.”

Kiedy dziecko bije – i nikt nie reaguje

Jednym z najbardziej niepokojących trendów współczesnego wychowania: przyzwolenie na agresję dziecka wobec rodziców. Bo „ono tylko wyraża emocje”, bo „jest małe”, bo „nie chcemy być tyranami”. Tyle że brak reakcji nie jest neutralny – to komunikat: wolno ci. A dziecko bardzo szybko zaczyna z tego korzystać. I robi to coraz skuteczniej.

— Okazało się, że ona bije w domu ojca i matkę. Cztery lata. Kilka razy dziennie. Z plaskacza, kopniaki. A rodzice mówią: Nie widzę w tym problemu, ona tak wyraża emocje. Ryba się psuje od głowy.

Czytaj: Joanna Moro o podróżach, aktorstwie i jak sobie radzić w trudnych sytuacjach

Odpieluchowanie bez dramatu

Innym tematem, który na pewnym etapie rodzicielstwa urasta do rangi życiowego wyzwania jest odpieluchowanie. Internet pęka w szwach od porad, magicznych metod i cudownych nocników, a rodzice często czują się jak na egzaminie z bycia „wystarczająco dobrym”.

Tymczasem prawda jest znacznie mniej spektakularna — i znacznie bardziej kojąca. Odpieluchowanie nie jest ani testem kompetencji wychowawczych, ani wyścigiem z innymi dziećmi z placu zabaw. To proces, który — jeśli podejść do niego spokojnie i konsekwentnie — po prostu działa.

Nie chodzi o perfekcję. Chodzi o decyzję, gotowość (także tę rodzicielską) i kilka dni, które warto naprawdę poświęcić dziecku. Bez pośpiechu, bez presji i bez niepotrzebnych fajerwerków.

Kiedy jest najlepszy moment na odpieluchowanie?

Rodzice często pytają: „Kiedy zacząć?”. Odpowiedź brzmi: najlepiej wtedy, kiedy dziecko nie jest w szczycie buntu autonomicznego i kiedy Ty masz przestrzeń, by się tym realnie zająć.

W praktyce oznacza to, że idealny moment często przypada przed ukończeniem drugiego roku życia: wtedy dzieci wchodzą w ten proces z dużą ciekawością i mniejszym oporem. Ale spokojnie: jeśli Twoje dziecko ma już dwa czy nawet dwa i pół roku, nic straconego.

Warto przy tym pamiętać, że „gotowość dziecka” nie oznacza, że maluch ma od razu trafiać do nocnika jak snajper wyborowy. Sikanie po nogach nie świadczy o braku gotowości – świadczy o tym, że dziecko się uczy. A nauka, jak wiemy, bywa… mokra.

Gotowość rodzica to fundament całego procesu

O tym mówi się zdecydowanie za rzadko: do odpieluchowania musi być gotowe nie tylko dziecko, ale cała rodzina. Jeśli w Twojej głowie pojawia się myśl: „Nie teraz, bo mamy remont/wyjazd/ważne projekty”, to prawdopodobnie… naprawdę nie teraz.

Najlepiej wybrać moment, gdy możesz poświęcić dziecku kilka dni: bez pośpiechu, bez ciągłego wychodzenia z domu, bez planowania miliona spraw „w międzyczasie”. Dwa, trzy dni to minimum, tydzień to luksus, który potrafi zrobić ogromną różnicę.

I jeszcze jedno: spróbuj zobaczyć oczami wyobraźni swoje dziecko korzystające z nocnika. Jeśli ten obraz w Twojej głowie jest spokojny i naturalny – jesteś na dobrej drodze. Jeśli budzi napięcie i lęk, warto dać sobie chwilę, by to oswoić.

Mit „gotowości dziecka”

Dziecko nie musi interesować się toaletą, nie musi mówić, nie musi sygnalizować potrzeb w spektakularny sposób. Komunikacja niewerbalna w zupełności wystarczy. A zainteresowanie toaletą bardzo często pojawia się… dopiero po zdjęciu pieluchy. Dlaczego miałoby chcieć zmiany, skoro w pieluszce jest mu wygodnie, sucho i komfortowo? To my inicjujemy ten proces spokojnie i świadomie.

Jak zacząć? Pierwsze dni bez pieluchy

Tu nie ma drogi na skróty: zdejmujemy pieluchę i… nie zakładamy jej z powrotem po pierwszym niepowodzeniu. Najlepiej, jeśli dziecko przez pierwsze dni chodzi bez bielizny i bez spodni – tylko w koszulce lub sukience. Dzięki temu dużo lepiej odczuwa swoje ciało i szybciej łączy sygnały fizjologiczne z efektem.

Nie reagujemy euforią na każde „siku do nocnika”, ale też nie dramatyzujemy przy wpadkach. Zamiast „brawoooo!”, lepiej spokojnie powiedzieć: „O, siku. Siku robimy do nocnika”. Bez wstydu, bez napięcia, bez oceniania.

Paradoksalnie to właśnie lekki dyskomfort – mokre nogi, chłód, konieczność przebrania – jest jednym z kluczowych elementów nauki. Dziecko musi poczuć różnicę między „sucho” a „mokro”. Pielucha tę różnicę skutecznie niweluje.

Postępy: jak je rozumieć, żeby się nie frustrować

W odpieluchowaniu nie chodzi o stuprocentową skuteczność od pierwszego dnia. Jeśli na cztery próby dwie kończą się sukcesem – to już jest progres. Trzy na cztery? Świetnie. To sygnał, że możecie spróbować krótkiego wyjścia z domu.

Proces nie jest liniowy. Są dni, kiedy wszystko idzie jak po maśle, i takie, kiedy masz wrażenie, że cofnęliście się o tydzień. To normalne. Ważne, by nie reagować nerwowo i nie wracać do pieluchy „na chwilę”, bo to często oznacza powrót do punktu wyjścia.

Spacer bez pieluchy i moment prawdy

To jeden z najczęstszych błędów: zakładanie pieluchy na spacer „na wszelki wypadek”. Dla dziecka to jasny komunikat: w domu obowiązują jedne zasady, poza domem inne. A mózg dziecka naprawdę nie potrzebuje takiej filozofii.

Zamiast tego lepiej wyjść na krótki spacer: 10–15 minut bez pieluchy — i wrócić. Stopniowo wydłużamy czas. Na dłuższe wyjścia zabieramy nocnik, nie pampersa. Tak, to bywa niewygodne. Ale to działa.

Dlaczego nie warto spieszyć się z majtkami?

Majtki są zdradliwe. Bardzo. Dla dziecka są czymś pomiędzy pieluchą a normalną bielizną – miękkie, blisko ciała, dające poczucie „zabezpieczenia”. Jeśli założysz je za wcześnie, istnieje duże ryzyko, że maluch zacznie traktować je jak… pieluchę w wersji light.

Dlatego przez pierwsze tygodnie lepiej pozostać przy samej odzieży wierzchniej – spodenkach, sukience. Majtki wchodzą do gry wtedy, gdy dziecko naprawdę zaczyna kontrolować potrzeby fizjologiczne.

Najczęstsze błędy, które wydłużają proces

Rodzice bardzo często przerywają odpieluchowanie po pierwszych trudnościach i wracają do pieluch „na jakiś czas”. Tyle że ten „jakiś czas” zwykle oznacza kolejne miesiące.

Inne częste potknięcia to:

  • zakładanie pieluchy na spacer lub podróż,
  • zbyt szybkie wprowadzenie majtek,
  • rozpoczynanie procesu tuż przed wyjazdem, zmianą przedszkola czy inną dużą zmianą,
  • brak konsekwencji i jasnych zasad.

Złota zasada brzmi: jedna zmiana naraz. Odpieluchowanie samo w sobie jest ogromną zmianą – nie dokładajmy do niej kolejnych rewolucji.

Czytaj: Emilia Komarnicka o czerpaniu z życia garściami, macierzyństwie, miłości do sztuki oraz recepcie na szczęście

Odpieluchowanie nocne: spokojnie, to inna historia

Warto bardzo wyraźnie oddzielić odpieluchowanie dzienne od nocnego. Kontrola potrzeb w nocy dojrzewa fizjologicznie znacznie później i nie ma sensu jej przyspieszać na siłę. Pielucha nocna nawet do piątego roku życia nie jest niczym niepokojącym. Skup się najpierw na dniu. Noc przyjdzie sama. Serio.

Jaki nocnik wybrać, żeby sobie pomóc, a nie przeszkodzić?

Im prostszy nocnik, tym lepszy. Bez melodyjek, światełek i uchwytów na tablet. Nocnik ma kojarzyć się z jedną rzeczą — załatwianiem potrzeb fizjologicznych, a nie atrakcją sezonu.

Świetnie sprawdzają się nocniki turystyczne: lekkie, składane, które można wykorzystać także jako nakładkę na toaletę. I nie bój się mieć więcej niż jednego: w domu z piętrem czy większym metrażem to naprawdę ułatwia życie.

Gdzie ustawić nocnik? Nie tylko w łazience

Na początku nocnik powinien być tam, gdzie jest dziecko: w salonie, kuchni, pokoju zabaw. Łazienka może poczekać. Najważniejsze, żeby nocnik był dostępny natychmiast, bez biegania przez pół domu w stylu „szybko, szybko!”. Z czasem można go przenieść bliżej toalety, ale nie rób z tego dogmatu od pierwszego dnia.

Najważniejsze: Twoje nastawienie

Dziecko niezwykle precyzyjnie wyczuwa emocje rodzica. Jeśli jesteś spokojna, konsekwentna i pewna swojej decyzji, ono bardzo szybko podąży za Twoim nastawieniem. Jeśli jesteś pełna lęku i niepewności, proces będzie się wydłużał. Odpieluchowanie nie wymaga perfekcji. Wymaga spokoju, decyzji i czasu. Reszta naprawdę przychodzi sama.

Czytaj: O radości z życia, miłości do sztuki i recepcie na szczęście. Rozmowa z Emilią Komarnicką

Autorytet bez strachu. Najważniejsze wnioski z rozmowy o granicach w wychowaniu

Rozmowa z Mariolą Kurczyńską pokazuje jedno bardzo wyraźnie: granice nie są przeciwieństwem bliskości — są jej warunkiem. Bez nich relacja z dzieckiem traci strukturę, a dziecko — poczucie bezpieczeństwa. Autorytet nie musi oznaczać strachu ani dominacji. Może być spokojny, stabilny i oparty na odpowiedzialności dorosłego, który wie, że czasem trzeba być nielubianym, by naprawdę chronić.

Ten odcinek to ważna lekcja dla wszystkich, którzy chcą wychowywać dzieci mądre, odporne psychicznie i pewne siebie — nie poprzez kontrolę, ale poprzez jasność ról, konsekwencję i obecność. Bez idealizowania, bez mitów i bez modnych uproszczeń.

Chcesz wiedzieć więcej? Koniecznie przesłuchaj odcinek podcastu Well Be Stories „Jak stawiać granice dziecku?” i zobacz, jak budować autorytet, który naprawdę wspiera.

O Well Be Stories

WellBeStories to przestrzeń rozmów o tym, jak dbać o ciało i głowę, budować dobre relacje, oswajać trudne emocje i… uczyć się odpuszczać bez poczucia winy.
Znajdziesz tu tematy self-care, intuicyjnego podejścia do jedzenia, sposoby radzenia sobie z lękiem i wypaleniem oraz inspiracje do tworzenia zdrowych, realnych do utrzymania nawyków.

Well Be Stories to podcast dla tych, którzy chcą żyć bardziej świadomie, w równowadze i w zgodzie ze sobą – bez presji bycia „idealnym”.

Youtube: Top1Esdjq80

Powiązane artykuły




Zostaw komentarz




Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Najnowsze video




Polecane