Jak wygląda życie, gdy sport towarzyszy niemal od zawsze? Jak dorasta się w domu, w którym aktywność fizyczna ma ogromne znaczenie? Czego uczą treningi i co dzięki nim można osiągnąć? Kolejną gościnią Alicji Sękowskiej, prowadzącej Well Be Stories, jest Patrycja Zahorska — dziennikarka sportowa i była zawodniczka sportów sylwetkowych.
W rozmowie pojawiają się wiele wątków: dzieciństwo, studia i początki kariery sportowej, także kulisy bikini fitness, presja formy startowej i pytanie, gdzie kończy się ambicja, a zaczyna dbanie o zdrowie. Jest też epizod telewizyjny: pierwsze wejścia na żywo, ekranowe wpadki i odnajdywanie się w męskim świecie redakcji sportowej. Całość spina refleksja o dojrzewaniu — nie tylko jako zawodniczki i dziennikarki, ale i osoby, która z czasem nauczyła się, że czasem największym zwycięstwem nie jest kolejny tytuł.
Gdy sport staje się codziennością
Sport w życiu Patrycji Zahorskiej nie pojawił się przypadkiem. Był obecny od najmłodszych lat i naturalnie stał się jej codziennością. Już w szkole podstawowej i średniej ruch był dla niej czymś więcej niż tylko obowiązkową lekcją w planie zajęć. To właśnie tam ukształtowała się jej sportowa tożsamość, ciekawość ciała i potrzeba rywalizacji. Choć interesowały ją również inne dziedziny, sport zawsze wygrywał. I to bez dogrywki.
—Od dziecka byłam w sporcie i to było dla mnie naturalne. Ale interesowała mnie też muzyka, śpiewanie, byłam w klasie biologiczno-chemicznej i myślałam o fizjoterapii, AWF-ie, nawet o medycynie czy kosmetologii. Biologia i chemia naprawdę mnie wciągały – do tego stopnia, że nauczycielka chemii dzwoniła do moich rodziców, żeby mnie w tym kierunku pchać. Dziadek był chemikiem i dużo mi tłumaczył w domu. Ale przed samą maturą podjęłam decyzję, że chcę iść w stronę menedżera sportu, a nie tylko samego bycia sportowcem.
Studia, prawo i… zdrowy rozsądek
Choć sport był zawsze na pierwszym planie, Patrycja od początku myślała perspektywicznie. Wiedziała, że kariera sportowa bywa krótka, a kompetencje zostają na całe życie. Dlatego wybrała studia, które dały jej solidne zaplecze prawno-ekonomiczne. To decyzja, która dziś procentuje, także poza sportem. Znajomość prawa okazała się nie tylko atutem, ale wręcz narzędziem pracy. I tarczą ochronną.
— Finalnie skończyłam studia licencjackie prawno-ekonomiczne: prawo na UAM, ekonomię na Uniwersytecie Ekonomicznym w Poznaniu. Wtedy wiedziałam, że jeśli chcę być menedżerem sportu, muszę rozumieć umowy, zapisy, negocjacje. Dziś, nawet mając menedżera, sama lubię czytać kontrakty i wiedzieć, gdzie mogą być kruczki prawne. Znajomość prawa zawsze pomaga. Cieszę się, że ukończyłam te studia, bo wiem, że jeszcze nie raz mi się to przyda.
Dom pełen sportu, czyli jak wygląda dzieciństwo bez nudy
Dorastanie w sportowej rodzinie bywa wymagające, ale w przypadku Patrycji było przede wszystkim wspierające. Bez presji, bez oczekiwań „wyników za wszelką cenę”. Za to z ogromną dawką inspiracji i przykładu z bliska. Sport był czymś naturalnym — tak jak rozmowy przy stole czy wspólne wyjazdy. A rodzice zawsze byli obecni. Dosłownie i emocjonalnie.
— W domu sportowym jest wspaniale, nie ma nudy. Moi rodzice zawsze mnie wspierali, nigdy do niczego nie zmuszali. Tata jest trenerem przygotowania motorycznego w PlusLidze, pracował w Polsce i za granicą, był na igrzyskach olimpijskich. Jeździli na wszystkie zawody, na które mogli. To był taki pewnik. Nie było wymagań typu: musisz być najlepsza. Było zrozumienie, że nie da się wszystkiego robić na 100% jednocześnie.
Od tańca do sportów walki
Zanim pojawiły się ciężary i scena fitness, była taneczna podstawa. Balet, występy, kontakt z publicznością. To właśnie tam Patrycja nauczyła się pracy z ciałem, koordynacji i świadomości ruchu. Te kompetencje okazały się bezcenne w kolejnych sportach. Od siatkówki, przez crossfit, po sporty walki. Jej ciało szybko adaptowało się do nowych wyzwań.
— Tańczyłam w ognisku baletowym jako dziecko i to dało mi bardzo dużo. Deski sceniczne nie są mi straszne. Myślę, że dzięki temu łatwiej uczyłam się ruchów w innych sportach: siatkówce, crossficie, sportach walki, lekkoatletyce. Jestem wzrokowcem, lubię nagrywać się i analizować ruch klatka po klatce. Tak było zawsze: jeśli coś mnie interesuje, potrafi mnie pochłonąć totalnie.
Bikini fitness: pomysł, który zmienił wszystko
Droga Patrycji do bikini fitness nie była zaplanowana. Zaczęło się spontanicznie, od wizyty na targach i jednego zdania rzuconego mimochodem. Bez wielkich ambicji, bez presji na wynik. Była ciekawość i gotowość do spróbowania. A potem wydarzenia potoczyły się szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał.
— Byłam na targach jako hostessa. Znajomi powiedzieli: Chodź zobacz, są zawody kulturystyczne, może bikini fitness byłoby dla ciebie. Spojrzałam i pomyślałam: może spróbuję. To było po zakończeniu siatkówki i przejściu na sport indywidualny. Trzy–cztery miesiące później startowałam w debiutach we Wrocławiu. Pierwszy raz w życiu redukowałam i zajęłam drugie miejsce. Byłam w szoku.
Redukcja, wyrzeczenia i cena formy
Bikini fitness to nie tylko scena i błysk. To także restrykcyjna dieta, ogromna dyscyplina i fizjologiczne konsekwencje. Patrycja mówi o tym otwarcie, bez lukru i romantyzowania. Świadomość ciała przyszła z doświadczeniem. I dziś podchodzi do tematu znacznie ostrożniej.
— To było bardzo restrykcyjne przygotowanie. Mało jedzenia, niskie kalorie, rotacje węglowodanów. Miałam bardzo niską tkankę tłuszczową, pojawił się brak miesiączki. Dziś wiem, że przy takim sporcie trzeba współpracować z lekarzami i regularnie badać hormony. Gdybym miała to powtórzyć, zrobiłabym to mądrzej. Forma formą, ale zdrowie jest ważniejsze.

Scena, emocje i „sprzedawanie siebie”
Moment wyjścia na scenę to kulminacja miesięcy pracy. Tam liczy się nie tylko sylwetka, ale też ruch, mimika, pewność siebie. Umiejętność „sprzedania siebie” bywa kluczowa. Patrycja od początku czuła się na scenie swobodnie. I właśnie to często wyróżniało ją na tle innych zawodniczek.
— Na scenie czułam się świetnie. To był moment, kiedy zmęczenie schodziło na drugi plan. Makijaż, bronzer, bikini w kryształkach — wszystko miało znaczenie. Sędziowie często mówili, że widać, że się tym bawię. Uśmiech był szczery. Dla mnie to było święto, a nie tylko egzamin. I myślę, że to bardzo przyciąga uwagę.
Czytaj: Joanna Moro o podróżach, aktorstwie i jak sobie radzić w trudnych sytuacjach
Co dalej? Sport, media i świadomość
Dziś Patrycja Zahorska łączy sport z pracą w mediach. Nadal jest blisko emocji, ludzi i ruchu. Ale z większą świadomością i dystansem. Wie, że nie trzeba ciągle udowadniać swojej wartości wynikami. Czasem największą wygraną jest równowaga.
— Sport zawsze będzie częścią mojego życia. Tak samo emocje, ludzie i praca z kamerą. Dziś bardziej słucham swojego ciała i siebie. Wiem, że nie wszystko trzeba robić ekstremalnie. Najważniejsze to robić rzeczy, które dają radość i sens. I iść swoją drogą — nawet jeśli zaczęła się zupełnie przypadkiem.
Dziś bardziej słucham swojego ciała i siebie. Wiem, że nie wszystko trzeba robić ekstremalnie. Najważniejsze to robić rzeczy, które dają radość i sens.
Jak oswoić ocenianie… pod lupą?
Zawody sylwetkowe to sport, w którym oceniana jest nie tylko forma fizyczna, ale każdy detal: od uśmiechu, przez fryzurę, po sposób chodzenia po scenie. Dla wielu zawodniczek to ogromne obciążenie psychiczne, bo presja spojrzeń i punktów jest nieustanna.
Patrycja od początku miała do tego podejścia zaskakująco dużo dystansu. Zamiast traktować ocenę jako zagrożenie, uznała ją za naturalny element gry. To podejście — jak sama przyznaje — mogło być jednym z kluczy do jej sukcesów.
— Zawsze miałam do tego luz. Ludzie oceniają, chcąc nie chcąc, nawet idąc ulicą, nawet gdy nic nie mówisz. Wystawiasz się na ocenę, gdy robisz coś publicznie, a już szczególnie, gdy zapisujesz się na zawody sylwetkowe. Wiedziałam, na co się piszę. Może właśnie dlatego nie wkurzało mnie to, że sędziowie oceniają każdy detal — włosy, ruch, uśmiech. To była część wyboru, który sama podjęłam.
Miss Bikini Fitness
Każda sportowa droga ma moment, w którym trzeba zadać sobie trudne pytanie: czy iść dalej, czy się zatrzymać. Dla Patrycji takim punktem były mistrzostwa Polski. Z jednej strony osiągnięcie celu, na który pracowała latami. Z drugiej brutalna świadomość kosztów, jakie niesie ten sport: finansowych, zdrowotnych i życiowych. Decyzja o zakończeniu startów nie była impulsem, ale procesem.
— Chwilę po mistrzostwach Polski poczułam, że to jest ten moment. Przez dwa, trzy lata podeszłam do tego bardzo profesjonalnie i nagle zobaczyłam, ile serca, energii i zdrowia to kosztuje. To sport, który nie jest opłacalny — nie ma wynagrodzeń, są puchary, medale i ogrom pracy. Dla studentki prawa i ekonomii, trenerki, osoby, która chce się rozwijać, doba robi się po prostu za krótka. Życia studenckiego praktycznie nie było, wszystko było podporządkowane jednemu celowi.
Czytaj: Co daje aktywność fizyczna? Jak ruch zmienia ciało i umysł? To niesamowite!
Co daje tytuł, jeśli nie idą za nim pieniądze?
W sporcie często mówi się, że „tytuły się nie jedzą”. Patrycja nie ukrywa, że brak gratyfikacji finansowej był jednym z powodów odejścia od startów sylwetkowych. Jednocześnie jasno podkreśla, że mistrzostwo Polski dało jej coś, czego nie da się przeliczyć na pieniądze. To kapitał wizerunkowy, mentalny i zawodowy. Tytuł zostaje na zawsze — i pracuje na przyszłość.
— Ten tytuł jest zawsze z tobą. Przy współpracach, przy ofertach, w telewizji — podpisują cię jako mistrzynię Polski. Tak jak mistrz olimpijski zawsze już nim zostaje. To dało mi ogromne poczucie pewności siebie i świadomość, że doszłam do celu, do którego dążyłam w każdym sporcie. Marzyłam też o mistrzostwach Europy — czwarte miejsce było bardzo blisko. Czasami to nie jest od ciebie zależne, to decyzje sędziów.
Gdy ciało mówi „stop”: zdrowie ponad ambicję
Sport wyczynowy ma swoją ciemną stronę, o której rzadko mówi się głośno. U Patrycji był to moment diagnozy i zderzenia ambicji z fizjologią. Niedoczynność tarczycy sprawiła, że dalsze ekstremalne redukcje przestały mieć sens. To była trudna, ale dojrzała decyzja.
— Zrezygnowałam z mistrzostw świata, bo dowiedziałam się o niedoczynności tarczycy. Tak restrykcyjna dieta, odwadnianie, treningi — to nie idzie w parze ze zdrowiem. Lekarze mówili wprost: lepiej wyjechać na rajską wyspę, zjeść normalnie i zadbać o organizm, niż się katować. Musiałam wybrać — albo zdrowie, albo sport na tym poziomie.
Od sceny do walki w klatce
Przejście ze sportów sylwetkowych do walki w klatce brzmi jak scenariusz filmu. U Patrycji było efektem potrzeby adrenaliny i nowego impulsu. Sporty walki dały jej coś, czego zaczęło brakować — autentyczną rywalizację i surowe emocje. Walka z Karoliną Brzuszczyńską była brutalnym, ale formującym doświadczeniem.
— Kiedy zamknęły się drzwi oktagonu, widziałam tylko ją. Był moment, że mnie przytkało: adrenalina, strach, świadomość, że ona chce mi zrobić krzywdę. Wpadłam w duszenie, było ciasno, brak tlenu, ale ani przez sekundę nie pomyślałam, żeby klepać. Nie po to tyle poświęciłam. Wyszłyśmy z tej walki poturbowane, ale z ogromnym szacunkiem do siebie.
Czytaj: Między siłą a równowagą – Karolina Way of Blonde w rozmowie o zdrowiu, presji i pasji w sporcie
Pewność siebie, która ma mocne fundamenty
Pewność siebie Patrycji nie jest maską ani pozą sceniczną. To coś, co budowało się latami — na wsparciu, relacjach i doświadczeniach granicznych. Jednocześnie nie jest ona stała: bywa krucha, szczególnie w momentach zmęczenia. I właśnie ta szczerość sprawia, że jej historia brzmi wiarygodnie.
— Nie zawsze mam pewność siebie. Kiedy jestem niewyspana, przemęczona, potrafię się nakręcić negatywnie. Ale wiem, że to mija. Moja siła bierze się z ludzi — rodziny, przyjaciół, menedżera. Kiedy coś mnie gryzie, mówię o tym. Nawet w szpitalu, po operacji wyrostka, miałam przy sobie tylu bliskich, że to mnie zbudowało jeszcze bardziej. Dzięki temu rosnę w siłę.
Jedna szpileczka potrafi bardzo ukłuć
Internet potrafi być bardzo hojny w dobre słowa. Wsparcie, kibicowanie, wdzięczność — to wszystko realnie daje siłę. Problem zaczyna się wtedy, gdy w gorszym momencie trafi się jeden, pozornie niewinny komentarz. Nie od razu boli — czasem trafia dopiero wtedy, gdy człowiek jest już zmęczony. I wtedy nawet drobiazg potrafi zaboleć jak igła.
— Jest mnóstwo komentarzy: Super, kibicuję ci, oglądam cię rano, masz taki uśmiech, tyle dajesz motywacji. Ale czasami pojawi się jeden mały hejcik. I on nie odpala się od razu — tylko wtedy, gdy jesteś zmęczona, coś się wydarzy w życiu prywatnym. I ta szpileczka wchodzi. Wtedy dzwonię do menadżera, do przyjaciela, do rodziców. I oni mówią: Daj spokój, Patka, po co się tym przejmujesz.
Czytaj: Social media, AI, patostreamy i cyfrowe granice: rozmowa z Wojtkiem Kardysiem
„Może on ma rację?”: moment zwątpienia
Najtrudniejsze w krytyce nie jest to, że ktoś coś napisze. Najtrudniejsze jest to, że na ułamek sekundy zaczynasz się zastanawiać, czy może… faktycznie ma rację. To moment, w którym profesjonalizm zderza się z wrażliwością. I choć trwa krótko, potrafi wybić z rytmu. Kluczem okazuje się powrót do własnych wartości.
— Czasami pojawia się myśl: a może on ma rację? I zaczynam trochę kwestionować to, co robię. Ale potem przychodzi: nie, jednak jestem okej ze sobą i z tym, co robię. Nie każdy musi żyć tak jak ja chcę. Zawsze będą dobre i negatywne opinie — niezależnie od tego, co zrobisz i co powiesz. I z tym już się pogodziłam.
Niezależnie co powiesz, ktoś może to źle odebrać
Nie wszystko w sieci da się przewidzieć. Nawet szczerość i wdzięczność mogą zostać opacznie zrozumiane. To bolesne zderzenie intencji z odbiorem. Ale z czasem przychodzi ważna refleksja: skoro i tak ktoś może to odebrać źle, nie warto przestawać być sobą.
— Po operacji słyszałam, że może bez sensu było dziękować wszystkim, bo ściągam na siebie uwagę, że to jakieś litowanie się. A ja po prostu czułam wdzięczność. Miałam wtedy moment: Boże, ile super osób mam wokół siebie. Chciałam im podziękować — z serca. I znowu: niezależnie co powiesz, ktoś może to źle odebrać. Więc może nie ma co się tak przejmować.
Męska redakcja, szybkie decyzje i zero kompleksów
Wejście do redakcji sportowej bywa dla wielu kobiet stresujące. Dla niej było naturalne. Sport, rywalizacja i konkret to środowisko, które zna od dziecka. Liczy się tempo, feedback i decyzje, a nie płeć. Jeśli coś ją rajcuje — idzie w to bez oglądania się na schematy.
— Wychowywałam się w męskim środowisku – z kuzynami, w lesie, na drzewach, a nie z lalkami. Dlatego w redakcji sportowej czuję się naturalnie. Lubię męskie środowisko, bo jest konkret, szybka decyzja, szybki feedback. Dla mnie nie ma znaczenia, czy pracuję z kobietami czy z mężczyznami – jeśli coś mnie interesuje, to w to wchodzę.
Telewizja na żywo: adrenalina, wpadki i śmiech zamiast paniki
Telewizja na żywo nie wybacza ciszy. Każda sekunda wydaje się wiecznością. Ale to właśnie ta nieprzewidywalność daje największą frajdę. Wpadki się zdarzają — czasem absurdalne, czasem kompletnie niezawinione. Kluczem jest jedno: umieć obrócić je w żart i iść dalej.
— Na żywo jest adrenalina. To, co powiesz, już leci. Zdarzają się wpadki: pomarańczowa sukienka uwalona smarem, mikrofony puszczone za wcześnie, pomylone tematy. Były momenty, kiedy nie wiedziałam, od czego zacząć — El Clasico czy PlusLiga — i każda sekunda ciszy była jak godzina. Ale potem łapiesz rytm, mówisz ciekawostkę, materiał idzie i nadrabiasz. W domu się z tego śmiejesz, bo to są ludzkie sytuacje.
Gdzie dalej? Media, ludzie i sens, który zostaje
Ambicje nie kończą się na serwisie sportowym. Jest potrzeba tworzenia czegoś większego — z emocjami, ludźmi i prawdziwą energią. Marzenia mają konkretny kształt: program, projekty, obozy, działania społeczne. I jedno niezmienne marzenie, które spina wszystko w całość. Zdrowie.
— Chcę zostać w mediach i przy sporcie, ale marzy mi się większy program sportowo-rozrywkowy albo rozrywkowy. Chcę emocji, ludzi, rywalizacji. Myślę też o kampach sportowych i integracyjnych — nie tylko o treningu, ale o relacjach, rozmowach, motywacji. I chcę się dalej udzielać charytatywnie. A czego mi życzyć? Zdrowia, pasji, która nie przemija, i wiary w ludzi, bo to mnie napędza.
Chcesz znać więcej szczegółów? Koniecznie przesłuchaj cały podcast . A jeśli masz ochotę na inne ciekawe, inspirujące rozmowy, znajdziesz ich mnóstwo! Zapraszamy do świata Well Be Stories!
Well Be Stories
Well Be Stories to biblioteka podcastów o szukaniu równowagi bez presji perfekcji i uniwersalnych recept. Alicja Sękowska rozmawia z gośćmi o świadomym dbaniu o ciało i umysł, relacjach, emocjach oraz o umiejętności odpuszczania wtedy, gdy jest to naprawdę potrzebne.
Pojawiają się tu wątki self-care bez lukru, intuicyjnego jedzenia, radzenia sobie ze stresem, lękiem i wypaleniem oraz budowania zdrowych nawyków na co dzień. To przestrzeń refleksji i inspiracji dla tych, którzy chcą żyć uważniej i w zgodzie ze sobą.
Youtube: 3NuRZPNVcfg












Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *