Od domowej kuchni i kilku pudełek przygotowywanych dla znajomych po firmę zatrudniającą setki osób — historia cateringu dietetycznego Pomelo to opowieść o rozwoju marki opartym na determinacji, intuicji i uważności na produkt. W podcaście Well Be Stories Alicja Sękowska rozmawia z Anną i Bartkiem Foszer o tym, jak naprawdę wygląda droga „od zera” — i co się dzieje, gdy mały projekt staje się dużym biznesem.
Jak powstał catering dietetyczny Pomelo?
Jak powstaje biznes w branży, która… jeszcze nie istnieje? Jedenaście lat temu catering dietetyczny w Polsce był raczej eksperymentem niż ugruntowanym rynkiem. Anna i Bartek Foszer zaczynali bez narzędzi, bez punktów odniesienia, za to z intuicją, polotem, zapleczem doświadczeń i społecznością, która stała się pierwszymi odbiorcami ich pomysłu.
W rozmowie prowadzonej przez Alicję Sękowską w podcaście Well Be Stories przedsiębiorcy wracają do momentów, które z perspektywy czasu wydają się kluczowe: pracy po kilkanaście godzin dziennie, budowania wszystkiego od podstaw — od zakupów i gotowania po logistykę — oraz stopniowego oswajania rynku z innowacyjną usługą.
Podcast „Małżeństwo i wspólny biznes: czy to działa” to opowieść o rozwoju cateringu dietetycznego Pomelo, który był (i jest) procesem prowadzonym z pasją i wiedzą, ale i dużą uważnością, krok po kroku.
Od pomysłu do prężnie działającej firmy. Jak to się zaczęło?
Bartek: Dobrze to pamiętam. Od wielu lat prowadziłem firmę w branży reklamowej. Uważałem, że tworzenie biznesów jest bardzo łatwe, a Ania jest tak zdolną osobą, że szkoda, żeby pracowała dla kogoś. Więc zróbmy kolejny biznes — i Ania go poprowadzi. No i tak powstało Pomelo.
Słyszałam Aniu, że Ty jesteś sercem Pomelo od samego początku.
Ania: Ode mnie się zaczęło. 11 lat temu nie było cateringu dietetycznego czy diety pudełkowej, o czym często zapominamy. Kiedyś to była zupełna nowość.
Pierwsze pudełka wychodziły z naszej domowej kuchni. Robiłam wszystko od podstaw, więc zajmowałam się i zakupami, i gotowaniem, i rozwożeniem.
Pierwsze pudełka wychodziły z naszej domowej kuchni. Robiłam wszystko od podstaw.
Bartek: Pamiętam taki okres, kiedy Ania gotowała jedzenie, następnie je pakowała, rozwoziła. Przespała się może ze trzy godziny, bo już potem musiała odbierać telefony od klientów, jechać znowu na zakupy, które musiała robić codziennie. No i tak funkcjonowała przez ładnych kilka miesięcy.
Czytaj: Anna i Bartek Foszer o tym, jak powstał catering dietetyczny Pomelo
Pomelo tak naprawdę powstało z potrzeby, bo nie było czegoś takiego.
Ania: Na początku gotowaliśmy dla przyjaciół. Z Bartkiem poznaliśmy się na siłowni i mieliśmy bardzo dużo znajomych, którzy bardzo aktywnie ćwiczą. No i powstał pomysł.
Pewnie do dziś część osób wciąż tak je, choć dzięki takim firmom jak nasza jest ich coraz mniej — przez pięć dni w tygodniu opierają dietę na kurczaku, brokułach i ryżu. No to może zaproponujmy im te same kalorie i bardziej różnorodne jedzenie z dobrym makro.
No i z racji tego, że ta nasza społeczność crossfitowa — no bo o tym też trzeba wspomnieć — to była dość duża i mocno wspierająca się grupa, to nasi przyjaciele, trenerzy i osoby trenujące nam w tym pomogły.
Więc zaczynałam od robienia pudełek dla nich, zbierania informacji od nich, jak im się to podoba, czy to w ogóle im współgra w życiu i są w stanie z tego korzystać jako usługi czy produktu. No i tak to się zaczęło.
Jak wyglądały Wasze początki — czy były oparte na metodzie prób i błędów? W końcu wchodziliście w coś zupełnie nowego, bez gotowych wzorców do podpatrzenia. Na ile był to proces intuicyjny?
Bartek: Generalnie to było tworzenie nowego rynku. Ja zawsze wspominam taką historię, że jak ludziom tłumaczyliśmy, że dostają od nas pięć posiłków dziennie, to oni w głowie mieli to, że kurier pięć razy dziennie będzie do nich przyjeżdżał z podgrzanym, gotowym posiłkiem.
Catering dietetyczny czy dieta pudełkowa to były takie nazwy, które zaczynały gdzieś funkcjonować — nawet nikt nie wiedział, jak to nazwać. Na pewno łatwiej jest wejść już na zbudowany rynek i gdzie mamy już konsumentów, którzy wiedzą jak to działa. Było wiele rzeczy robionych metodą prób i błędów.
Przygotowując się do rozmowy z Wami doczytałam, że na początku Ania gotowała w takim wielkim 10-litrowym garnku. Teraz macie ogromną halę produkcyjną, zatrudniacie blisko 200 osób. Jak to się robi?
Ania: Metodą prób i błędów.
Bartek: Krok po kroku. Bo nie da się inaczej. To znaczy wydaje mi się też, że my mamy taką filozofię, żeby nie robić wszystkiego na hura. Żeby bardzo mądrze się skalować, że nie musimy.
Było wiele przypadków na rynku cateringów, które szybko wyrosły i narobiły sobie bardzo dużo problemów. Dla nas najważniejszy jest produkt. Jeżeli chcemy utrzymać jego jakość, to te skoki muszą być stopniowe, żebyśmy mogli — wraz ze skalowaniem — cały czas utrzymywać tą samą jakość.
Bo tak jak mówisz, masz garnek 10-litrowy, potem 20, potem 50, ale to nie znaczy, że tak samo gotujesz tą przysłowiową zupę w garnku 50-litrowym i 100-litrowym — to wszystko musi być dopracowywane.
Dla nas najważniejszy jest produkt. Jeżeli chcemy utrzymać jego jakość, to te skoki muszą być stopniowe, żebyśmy mogli — wraz ze skalowaniem — cały czas utrzymywać tą samą jakość.
Ania: Tak, zaczynaliśmy w mieszkaniu z trzema garnkami i pamiętam, że to było mieszkanie Bartka, świeżo wyremontowane. Nie mieliśmy mebli, ale mieliśmy taki długi, trzymetrowy stół, na którym wszystko rozkładaliśmy, te pudełka i te dania. Teraz mamy halę 500 metrów, która jest przeznaczona tylko na pudełka.
Czytaj: Ranking diet pudełkowych 2025: które cateringi są najlepsze w Polsce?
Co w początkach prowadzenia biznesu było najtrudniejszego prywatnie?
Bartek: Myślę, że bardzo dużo pracowaliśmy. Ania pracowała po 20 godzin dziennie i też pamiętajmy, że catering jest robiony również w soboty i niedziele. Więc to było właściwie 7 dni w tygodniu. Ja wracałem z jednej firmy, siadałem z Anią i pomagałem jej pakować, wynosić te paczki.
Pamiętam, ile razy jeździliśmy na produkcję, żeby coś dopakować, pomóc zespołowi. Gdy zdarzało się, że któryś kierowca nie przyjechał czy miał wypadek, musieliśmy jechać w nocy, żeby te paczki rozwieźć. Myślę, że to było najcięższe, że po prostu bardzo dużo wzięliśmy na siebie.
Ania: To nam dało dużo siły później. Bo my obecnie wiemy, znamy od podszewki każdy proces, który dzieje się w cateringu. My go przeżyliśmy i wiemy, gdzie są słabe punkty, więc to nam daje olbrzymią siłę w rozmowie z podwykonawcami.
Bo to, co było kiedyś trudne, to brak narzędzi. Kiedyś nie było CRM-ów tylko dla cateringów dietetycznych. Nie było narzędzi, nie było firm logistycznych, które się zajmują i specjalizują w rozwożeniu cateringu dietetycznego. Też świadomość klienta była inna, ale to jakby siłą rzeczy ewoluowało.
I to było trudne, że tak naprawdę tworzyliśmy nowy biznes bez narzędzi, gdzie w dzisiejszych czasach mamy czatGPT i wszystkie AI udogodnienia do analiz, do tworzenia menu, do sprawdzania jakości produkcji etc. Kiedyś tego nie było. Kiedyś to wszystko robiliśmy po prostu krok po kroczku, sami w Excelu. I to zżerało bardzo dużo naszego czasu i sił mentalnych.
Czy teraz jest już łatwiej? Czy po prostu spotykacie się z innymi wyzwaniami?
Bartek: Myślę, że są inne wyzwania. Jeżeli pytasz, czy łatwiej jest teraz założyć catering, to i tak, i nie. Bo z jednej strony rynek jest zbudowany i jest dużo faktycznie narzędzi i rozwiązań, które pomagają, ale z drugiej strony ten rynek już tak się zbudował przez największych, że ciężko jest wejść nowym podmiotom.
Natomiast jakbym miał spojrzeć swoją perspektywą, to nam teraz jest łatwiej, bo bardzo dużo rzeczy poukładaliśmy. Zeszły rok mieliśmy bardzo ciężki w kontekście budowania struktury. Udało nam się zatrudnić świetnych ludzi, którzy z nami pracują. Ale to, co Ania powiedziała, dotknęliśmy każdego procesu sami.
Wielu właścicieli cateringów tego nie robi, bo zatrudnia ludzi i deleguje zadania, więc nie rozumieją trochę tych problemów, które mają poszczególne osoby zarządzające swoimi zespołami. Więc wydaje mi się, to często w dużych korporacjach się mówi, że pracownik musi przejść przez te wszystkie różne szczeble w każdym dziale, żeby zobaczyć, jak się pracuje. Coś w tym jest.
Czytaj: Ranking cateringów dietetycznych 2025. Porównanie ofert, jakość, opinie klientów
Lubię chodzić do kilku restauracji. We wszystkich bardzo często obecny jest właściciel, który rozmawia z gośćmi. Myślicie, że to jest też klucz do tego, żeby to wszystko działało?
Ania: To jest bardzo ważne, żeby być w swojej firmie i ją znać oraz wiedzieć, co się w niej dzieje, ale też dać poczucie swoim pracownikom, że nie chodzi o to, żeby sprawdzać ich pracę, ale że jest się z nimi, że ich problemy to są nasze problemy.
Ja teraz się często śmieję w domu, że moja praca i Bartka praca generalnie polega na rozwiązywaniu problemów, bo od wszystkiego mamy ludzi. Ale to jest taka praca. W sumie mamy już osoby, które zajmują się produkcją, jakością, nadzorują procesy. To jest bardzo skomplikowany już twór, a nasza praca to zajmowanie się problemami.
I żeby dać poczucie tym ludziom, że my tam jesteśmy, że to już nie jest tak, że oni po prostu są pracownikami, którymi nikt się nie interesuje, ale sam zarząd przychodzi i pyta, czy jest ok, czy coś ci potrzeba, czy to funkcjonuje tak, jak powinno funkcjonować. I wtedy firmy chyba mają właśnie taki bardziej rodzinny vibe i ludziom też się chce, bo widzą większy sens, że ta praca nie jest obojętna dla właścicieli.
Gdy firmy mają bardziej rodzinny vibe, ludziom też się chce, bo widzą większy sens, że ta praca nie jest obojętna dla właścicieli.
Czy po 11 latach jeszcze coś Was zaskakuje? Na zasadzie „No przez 11 lat jeszcze tego nie było”.
Bartek: Wydaje mi się, że mamy też taki tryb życia, że dużo robimy generalnie. Więc cały czas nas coś zaskakuje.
Ania: Jesteśmy zupełnie innymi osobami i też w firmie się zajmujemy zupełnie innymi rzeczami. Bartek jest osobą, która bardziej planuje wszelkie działania, bardziej działa koncepcyjnie. Ja działam bardziej przy produkcji i większą frajdę mam z pracy tu i teraz. Codziennie coś się dzieje, codziennie coś na produkcji jest, czym można się zająć, no bo to jest świeże jedzenie i procesy bardzo mało odporne na błąd.
Więc jeżeli nam przyjeżdża pół tony marchewki w złej jakości, no to naprawdę telefony dzwonią po prostu od szóstej rano, że trzeba ją wymienić, bo to nie jest ta marchewka, o którą nam chodzi. A nie pójdziesz do Żabki, nie kupisz pół tony marchewki. I to jest codziennie gdzieś tam walka o to, żeby ta jakość w tych pudełkach była niezmiennie taka sama i niezmiennie coraz lepsza.
Czytaj: Jak wybrać najlepszy catering dietetyczny? Poradnik krok po kroku oraz analiza dwóch topowych marek
Słyszałam, że macie obsesję na punkcie udoskonalania produktu.
Bartek: Wyznaję taką zasadę, a od 20 lat siedzę w marketingu, że jeżeli coś sprzedajesz, to to musi być najlepsze — produkt sam w sobie się obroni. Jeżeli masz dobry produkt, to marketing, na który wydajesz ogromne pieniądze, nie jest aż tak ważny. Uważam, że w dzisiejszych czasach i w branży cateringowej, ale i w innych branżach słabe produkty po prostu nie przetrwają. Więc tak, dużo pracujemy nad tym.
Jeżeli masz dobry produkt, to marketing, na który wydajesz ogromne pieniądze, nie jest aż tak ważny.
Naszą ambicją jest — i powtarzam to na każdej rozmowie rekrutacyjnej — żebyśmy mieli najlepszy w Polsce catering dietetyczny. Mamy być najsmaczniejsi, a oprócz tego mają się zgadzać te wszystkie makra, a jedzenie ma pięknie wyglądać. Więc tak, mamy obsesję na tym punkcie, żeby ciągle być lepszym i ciągle poprawiać. Ciągle to robimy i wydaje nam się, że udaje nam się to.
Czytaj: Catering dietetyczny: wady i zalety. Czy dieta pudełkowa jest zdrowa? Opinia dietetyka
Udaje wam się wyłączyć myślenie? Macie taki guzik, kiedy przychodzicie do domu i je wyłączacie?
Bartek: Na pewno dużo myślimy o pracy, ale mamy wentyl bezpieczeństwa w postaci dzieci, bo mając dwójkę małych dzieci jednak wychodzisz głową z pracy i myślę, że gdybyśmy ich nie mieli, to by się to nie udało, bo co by nie mówić zawsze po południu i cały weekend spędzamy z dziećmi. Pamiętam te czasy przed dziećmi. No to jaki problem, żebyś pracowała po 16 godzin? Żaden.
Ania: Jest ciężko. Myślę, że się tego uczymy. No bo jest ciężko nie myśleć o tym, kiedy ma się firmę, która działa 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu, gdzie wiele procesów jest bardzo wrażliwych. Myślę, że jest ciężko i myślę, że cały czas się tego uczymy.
Przez sen myśli się najlepiej. Rano mam hotline ze wszystkimi menadżerami i po prostu tylko czekam aż wybije 8:00 i dzwonię do nich. Mówię „Posłuchaj, bo ja przemyślałam, bo mi się przyśniło. Taki pomysł mam”. Więc oni już się śmieją, że się zastanawiają, do kogo tego poranka zadzwonię.
A telefon wyłączacie z takim spokojem wewnętrznym?
Bartek: Ja tak. Wydaje mi się, że na tym etapie mamy tak dobre kadry menedżerskie, że nie musimy się martwić o to, co tu i teraz. Umieją rozwiązywać większość problemów. Ja raczej żyję dużo w przyszłości — myślę o tym, gdzie będziemy za rok, za trzy lata, za pięć. Więc mój telefon praktycznie nie dzwoni.
Powiem nieskromnie, że uważam, że jesteśmy dobrzy w rekrutacji i mamy zespół ludzi, którzy razem z nami chcą tworzyć tą firmę, a nie przychodzić do pracy. Więc to jest szalenie ważne, bo zatrudniając 200 osób, a zaraz będzie 300, zaraz będzie 500 — nie jesteś w stanie wszystkiego przypilnować.
Ania: A mój coraz rzadziej. Przy produkcji jednak cały czas się myśli, czy on nie dzwoni i czy oni mi na pewno wszystko powiedzą i czy wszystko jest ok. Więc zostaje to w człowieku. Pojawia się myśl rano, w sobotę, czy nie mam tam powiadomień, ale rzeczywiście telefon dzwoni coraz mniej. To jest wielki sukces, że mamy kadrę, która potrafi się zająć problemami, ale po prostu też tak zarządza, że tych problemów jest coraz mniej.
Czytaj: Jaka jest cena ambicji i sukcesu w biznesie? Rozmowa z Martyną Zastawną
A jaką cenę płaci się za biznes na taką skalę?
Bartek: Na pewno stres. Duże zmęczenie — i to to psychiczne. Na pewno poświęcamy więcej czasu prywatnego, który można by przeznaczyć na przyjemniejsze rzeczy niż pracę.
Ania: Bycie mamą i prowadzenie biznesu jest strasznie trudne, bo jednak chce się z tymi dziećmi być i jakby cały czas mieć je przy sobie. I to jest taka cena, którą myślę — jakby nie ujmując panom — taka wysoka cena do zapłacenia w biznesie przez szczególnie kobiety, które chcą mieć dzieci.
Czasu jest mało, czasem tą uwagę trzeba poświęcić gdzie indziej i odebrać ten telefon w momencie, kiedy spędzamy czas z rodziną. I chyba to dla mnie jest takie najcenniejsze, co biznes zabiera, to ten czas dla dzieci i dla rodziny. To jest bardzo ciężko zrównoważyć w takim biznesie jak nasz.
Bartek: Kiedy urodziło nam się pierwsze dziecko, kiedy urodziła się Lara, popełniliśmy bardzo dużo błędów. Pierwszym błędem było to, że Ania bardzo intensywnie pracowała w ciąży. No i wylądowała w szpitalu z przemęczenia. Po urodzeniu Lary wróciła bardzo szybko do pracy. Pamiętam te obrazki. Co prawda nie jeździła Ania do firmy, ale pracowała — w chuście miała Larę, siedziała przy komputerze i pracowała.
Jak już urodziło się drugie dziecko, zupełnie inaczej podeszliśmy do tematu. Mi się wydaje, że bardzo dużo się uczymy na swoich błędach. Jak coś nie wychodzi, to robimy to inaczej. Nie walimy głową w mur. I za pierwszym razem było tak, a za drugim już zabezpieczyliśmy się — zatrudniliśmy menadżerów, osoby zarządzające.
Bardzo dużo się uczymy na swoich błędach. Jak coś nie wychodzi, to robimy to inaczej. Nie walimy głową w mur.
Macie dwójkę dzieci, które pokazują inną perspektywę na to, co robicie.
Bartek: Dzieci dają nam bardzo dużo szczęścia. Uważam, że mocno odmieniły nasze życie. Bardzo też je skomplikowały, ale to jest cena posiadania dzieci. Pamiętam szczególnie pierwsze lata, bo różnica pomiędzy naszymi dziećmi to jest 20 miesięcy. Więc w momencie, kiedy urodziło się drugie, a pierwsze było jeszcze małe, to było ciężko: dzieci, rodzina, dom, firma i kot.
Wydaje mi się, że poświęciliśmy odpoczynek, bo poświęcamy dużo czasu naszej pracy, dużo czasu naszym dzieciom i staramy się ogarniać życie prywatne. I finalnie to mamy mało czasu na odpoczynek.
Czytaj: Martyna Zastawna o cenie sukcesu w biznesie. Kiedy warto założyć firmę?
Jak w tym wszystkim nie zwariować? Jakie mieliście sposoby na to, żeby zachować w tym wszystkim balans?
Ania: Nie da się nie zwariować. Trzeba być trochę szalonym. Chyba po prostu trzeba mieć taki mindset, że po prostu dzieje się. Róbmy to i idziemy do przodu. Idziemy do przodu, bo co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wyciągnijmy wnioski.
Bartek: Myślę, że głowa jest tu bardzo ważna. To jest takie bardzo wyświechtane. Nie stresować się. No ale jak się tu nie stresować? No właśnie. Wydaje mi się, że to jest ważne, że trzeba się nauczyć nie stresować. Trzeba też znaleźć swoje rzeczy, które ci chociażby wyłączają głowę z pracy. Dla mnie to jest aktywność fizyczna.
Kiedyś miałem taki reżim, że kończyłem pracę załóżmy o 17:00 i zawsze szedłem na trening i wtedy moja głowa przełączała się już na życie prywatne. Jak przestałem to robić, to moja głowa potrafiła być w tej pracy 24h. Więc myślę, że też jest dużo pracy nad głową.
Trzeba mieć taki mindset, że po prostu dzieje się. Róbmy to i idziemy do przodu. Idziemy do przodu, bo co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wyciągnijmy wnioski.
A Tobie Ania co pomaga?
Ania: Ja nie wiem czy tak można powiedzieć. Ja po prostu wieczorkiem sobie siadam, nalewam kieliszek wina — i sobie siedzę i odpoczywam. Po prostu siadam w ciszy i spokoju, żeby nikt do mnie nic nie mówił. Wypijam sobie kieliszek wina i wtedy jakoś tak schodzi to ze mnie. Nie wiem, czy to jest dobry nawyk, ale rzeczywiście to mi najbardziej pomaga złapać oddech.
Ale też bardzo pomagają dzieci, bo one są tak absorbujące. To są dwie dziewczynki i one po prostu sprawiają, że nie jesteś już teraz. Mówią, chodzą, opowiadają i tak bardzo chcą, żeby uczestniczyć w ich życiu, że wtedy odpoczywam. Mi to uwalnia myśli. Czytam bajeczki i rozmawiam o koleżankach z przedszkola. Wedy odpoczywam.
Czytaj: Work–life balance: jak zachować równowagę między pracą a życiem
A czy był u Was taki moment zwrotny, kiedy pomyśleliście: Nie, no nie możemy dłużej trzymać tego tempa, bo po prostu nie pojedziemy na tym wózku dłużej.
Bartek: Na pewno był taki moment, że rozmawialiśmy o tym, że trochę trzeba zwolnić. Natomiast jak jesteś takim chomikiem w kołowrotku, to jedynym wyjściem, żeby przestać biec, to możesz z niego wyjść po prostu. Coś, czego nie chcieliśmy zrobić. Więc wydaje mi się, że dalej biegniemy, ale już tym takim tempem nie sprinterskim, a maratońskim.
I mamy też ten mindset, żeby myśleć o tym, co za lat 5, a nie, że dzisiaj gonimy wynik. Więc dla nas Pomelo — dzisiaj mamy 11 lat. Nie wiem co Ania na to, ale ja myślę, że zaraz będziemy mieli 20 urodziny. Bo nie jesteśmy biznesem, który chcemy napompować i sprzedać. Chcemy karmić ludzi i zrobić najlepszy produkt na rynku — i się z tego cieszyć.
Ania: Dalej pracujemy. Wydaje mi się, że dalej przemy naprzód. Może rzeczywiście, tak jak Bartek mówi po prostu wszystko wolniej. Po prostu porozkładaliśmy sobie tą pracę nie tylko na siebie, tylko na inne osoby.
A kiedy był moment, że powiedzieliśmy, że trzeba trochę wolniej? Myślę, że my cały czas sobie mówimy, że trzeba trochę wolniej i po kolei, bo generalnie wszystko się da. Ale po kolei.
Czytaj: Globalne zespoły, lokalne wyzwania. Maciej Sawicki o kulturze zaufania w zespole
Chodzicie na randki? Bo się zastanawiam, jak by wasza randka wyglądała.
Ania: Myślę, że byśmy poszli na randkę i się do siebie nie odzywali — takie bycie sobą ze sobą obok siebie. My od 11 lat rozmawiamy o pracy i nasze rozmowy bywają różne, bo jesteśmy różnymi osobami i działamy w różnych rejonach naszej firmy.
Bartek: Tak. Posiedzieć w ciszy to też jest. To też jest fajne. Szczególnie w tym świecie, gdzie codziennie podejmujemy masę decyzji. Codziennie mówi do nas bardzo dużo osób. Dzieci jak przychodzą do domu, też cały czas mówią, więc cisza jest spoko.
Wspominaliśmy o tym, że prowadzenie biznesu, bycie wspólnikami w biznesie, będąc małżeństwem, to nie lada wyzwanie. Zgadzacie się z tym?
Ania: Tak. Nie polecam.
Bartek Nie polecam.
No ale gdzie w tym wszystkim jesteście wy jako małżeństwo, jako para?
Bartek: Myślę, że przede wszystkim te 11 lat nauczyło nas pracy ze sobą. To nie było łatwe. Jesteśmy tak jak Ania mówi różnymi osobami i jak przebywasz ze sobą właściwie 24 godziny na dobę. To nie jest zdrowe z nikim. Po prostu.
W pracy często kumuluje się dużo też złej energii. No bo coś się dzieje nie tak. Komuś coś się nie udało, zadzwonił wkurzony klient. I tak dalej, i tak dalej. Więc rezonuje to na życie prywatne. Jeżeli byśmy pracowali w innych miejscach, to gdzieś zostawialibyśmy tą pracę albo nawet rozmawialibyśmy o pracy bez takiego ładunku między sobą emocjonalnego.
Myślę, że przez te lata nauczyliśmy się dobrze ze sobą funkcjonować w pracy, ale ja nie uważam, że to jest dobre, żeby razem pracować. Myślę, że drugi raz byśmy się na to nie zdecydowali.
Ale z drugiej strony sądzę, że wszystko co robimy razem przynosi super efekty. Czy jest to nasza cena emocjonalna? Ile nas to kosztuje, żeby razem coś zrobić? Ale właśnie przez to, że jesteśmy inni, tworzymy coś ekstra. I tu mówię czy to o firmie, czy o tym, jaki mamy wspaniały dom, czy o tym, jak super wychowujemy nasze dzieci, jakimi są super małymi osobami. Więc uważam, że dobrze robimy rzeczy razem.
Jaki jest Bartek? Powiedzieliście, że jesteście tacy różni.
Ania: No cudowny. Jaki jest Bartek? Bardzo kreatywny. Bardzo poukładany. W chaosie informacji i rzeczy, które chciałby robić, to wszystko ma sens, logikę i myśl przewodnią. Bardzo się przejmuje. Tym, co robimy i firmą, i wszystkimi rzeczami, które są naokoło nas. Bardzo się tym przejmuje, co często może być odbierane w różny sposób, ale to wszystko wynika z troski i z tego, że chciałby jak najlepiej.
A jest coś takiego, za co szczególnie Bartka cenisz? Coś takiego, co Ci szczególnie imponuje? Albo czegoś, czego Ty z kolei nie masz?
Ania: Ja nie mam tych skilli, planowania i takiego kreatywnego myślenia w przód. Ja jestem bardziej osadzona w „tu i teraz”. Jakbym miała usiąść i wymyślić cały plan na na Q2 bądź Q3 i budżet i to wszystko rozplanować, zapisać, poprzesuwać i jeszcze osadzić na tabelach — to ja bym dostała szału.
A Bartek siedzi i czasem wieczorem do mnie przychodzi i mówi: Wiesz co, zrobiłem sobie taką nową tabelkę i tutaj widzimy to, a tu widzimy to. I popatrz jak tu wszystko, A jak tutaj zrobimy taką zmienną, to będzie tak. Więc to jest dla mnie jego taka super power, że on potrafi siedzieć, planować i wymyślać, gdzie dla mnie to jest trudne.
Natomiast gdy on do mnie przychodzi z tymi pomysłami, to od razu myślę okej, no to tu przestawimy to, przestawimy tamto, przesuniemy tego. No okej, okej, to zróbmy, zróbmy tak. Więc myślę, że to jest to, czego mu zazdroszczę, że ja tego po prostu nie mam, ale też nie odnajduję w sobie żadnych pokładów chęci, by to w sobie wykształcić.
Czytaj: Wellbeing w pracy: jak i dlaczego warto dbać o dobrostan w życiu zawodowym
Bartku, jaka jest Ania? W pracy czy w domu?
Bartek: Ania jest bardzo dobra w relacjach ludzkich, więc porozmawia z każdym. Zna ludzi na produkcji, dba o nich. Ja bardzo żyję w przyszłości. Lubię zamknąć się w swoim pokoju, godzinami siedzieć i wymyślać. Ania jest bardzo ludzka.
Dobrze rozwiązuje problemy, które powstają tu i teraz. Jeżeli się dzieje jakiś największy fuck up, ja wiem, że Ania go zaraz rozwiąże, więc to na pewno jest jej supermoc. Ja często dzielę w ogóle nasze obszary na planowanie i strategia, i to, gdzie chcemy być, i to, co się dzieje tu i teraz, że teraz my tu siedzimy, ale ludzie właśnie pakują 5000 paczek, więc to Ani zasługa, że to działa i że ja nie muszę się martwić tym, czy oni to spakują.
Bardziej prywatnie Ania jest po prostu dobrą osobą. A to bardzo ważne i w życiu, i w biznesie, i jak traktujemy ludzi.
Na przestrzeni tych 11 lat zmieniała się Wasza firma. A jak Wy się zmieniliście jako ludzie, ale też jako para?
Ania: Myślę, że zmieniłam się bardzo. Nie wiem, czy to widać, czy nie, ale pamiętam siebie sprzed tych 11 lat i myślę, że w moim chaosie, w którym funkcjonuję, jest dużo więcej ładu. Pomimo tego, że dzieje się dużo, to wydaje mi się, że dostrzegłam zalety tego, by procesy układać, by wszystko działo się po sobie i pilnować rzeczy również w tabelkach. I to jest coś, co dla mnie prywatnie, wewnętrznie jest najbardziej dostrzegalną rzeczą — że kiedyś nie przykładałam do tego takiej wagi.
To tak w firmie. Myślę, że prywatnie jesteśmy, dużo bardziej cierpliwi dla siebie, bardziej pobłażliwi i dużo więcej w nas takiej pokory dla swoich spraw. Bo często uważamy, że te nasze problemy są większe, bo są nasze.
Wewnętrzne zrozumienie, że dla Bartka ten problem może być duży jest czymś, czego kiedyś nie było i co dużo nam pomaga w życiu razem i prowadzeniu firmy razem. Zrozumienie siebie nawzajem pod kątem tego, co potrafimy, co nam przychodzi łatwiej, co jest dla nas bardziej stresogenne.
Bartek: Natomiast nie mieliśmy wiele życia przed firmą. To znaczy firma ma 11 lat, ale dokładnie rok wcześniej zaczęliśmy ze sobą być, więc to był wiadomo pierwszy rok, jak to w świeżym związku.
Dużo podróżowaliśmy, fajnie spędzaliśmy czas. No i ja potem wpadłem na ten nie wiem czy dobry, czy zły pomysł, żeby Anię włożyć trochę w buty, w które nie wiem czy sama chciała być włożona. Bo ja wiedziałem od zawsze, że chcę mieć swoje firmy, że chcę budować biznesy. I mnie to po prostu jara.
Więc powiedziałem Ania, chodź, rób to razem ze mną. Ona się na to zgodziła. Czy była do tego predestynowana? Moim zdaniem nie. Dlatego tym więcej pracy musiała włożyć, żeby być tu dzisiaj, gdzie jest. Więc uważam, że te 11 lat to było dla Ani bardzo dużo nauki, bo nie jest łatwo zarządzać swoją firmą. Nie jest łatwo zarządzać 5-osobową firmą 10-osobową, a jeszcze firmą, która się skaluje tak szybko.
Ja się zmieniałem w trochę inny sposób. Wydaje mi się, że z każdym rokiem jestem spokojniejszy po prostu, bo zawsze sobie nakładałem duże tempo życia. Myślę, że to z tego sportu się wzięło, że jednak osiąga się najwyższe cele. Jeżeli wejdziemy już na górę, to widzimy zaraz tą inną górę, która jest jeszcze wyższa. Ale z czasem przestałem się aż tak bardzo stresować i zacząłem myśleć o biznesie w perspektywie maratonu, a nie sprintu.
A kłócicie się czasem?
Bartek: Myślę, że się mało kłócimy.
Ania: My ze sobą rozmawiamy. Jak się różnimy. My rozmawiamy po prostu, czasem z różną energią. Kiedyś kłóciliśmy się dużo. Trzeba było się dotrzeć. Teraz szanujemy, że każdy może mieć odrębne zdanie i chyba staramy się zawsze doszukać w tym odrębnym zdaniu. Tej wartości, która tam jest, a nie ugrać swoje na wierzchu. Bo przecież my gramy do tej samej bramki. Przecież to jest nasza wspólna firma. To Bartek może wymyślać wszystko, ale jak my tego nie wyprodukujemy, no to się nie uda. Jeżeli my będziemy produkować źle, no to Bartek też z tym nic nie zrobi.
Czytaj: Jak mówić „nie” i wytyczać granice w miłości, pracy i życiu. Mały poradnik
Czy na tej 11-letniej drodze był taki moment, kiedy Ty na przykład Ania, tak sobie pomyślałaś albo powiedziałaś „Patrz, Bartek, patrz! Udało nam się”. Że byliście dumni z siebie.
Ania: Było kilka takich momentów. To jest zawsze taki moment, kiedy przekraczamy pewien próg ilości paczek, które wypuszczamy dziennie. To jest taki moment, kiedy przychodzę na produkcję i widzę towar, który przyjechał i mówię sobie „Boże, ile tego jest”. Więc było kilka takich momentów.
Ja pamiętam, jak w zeszłym roku popatrzyłam na tą naszą produkcję i mówię sobie „Jeju, przecież ja rok temu byłam na jakimś evencie i tam pan z poważnego cateringu mówił, ile oni to nie mają tych toreb i klientów”.
I nie minął rok, a ja mam tyle samo i przecież to minął niecały rok, a ja go chwilę temu podziwiałam. W ogóle jak on jest w stanie to wypuścić? A teraz stoję tu i mówię sobie „Boże, przecież to jest takie proste”. I się zastanawiam tak naprawdę, co to będzie za trzy miesiące? I zupełnie jestem w innym miejscu już myślami, jak to zorganizować, żeby to wszystko działało.
Więc tak, było kilka takich momentów i do tej pory są takie momenty, bo nasza produkcja rośnie, my się bardzo dynamicznie rozwijamy.
No a ty, Bartek?
Bartek: Wydaje mi się, że mieliśmy tak, jak Ania mówi, kilka takich momentów. Przede wszystkim to były te momenty, kiedy zmienialiśmy lokalizacje, bo się nie mieściliśmy. To jest czwarta chyba lokalizacja. No i teraz rozmawiamy o budowie własnej wielkiej hali. I myślę, że to będzie taki moment kluczowy, kiedy wejdziemy już do swojego. To będzie ten moment, że powiemy wow, tak. Natomiast jak pędzisz, to często nie zauważasz tego, co się co się zmienia.
Bo pamiętam, że kiedyś walczyliśmy o to, żeby mieć 100 paczek. Jak przekroczyliśmy 1000, to mówiliśmy sobie wow, że przekroczyliśmy 1000 paczek. A walczyliśmy o to, żeby mieć 100. A teraz mamy 5000. Zaraz będziemy mieli 6000 i to już nie robi takiego wrażenia. Myślę, że na mnie zrobiło duże wrażenie, jak podliczyliśmy ostatnio w zeszłym roku, ile osób zatrudniamy. Że to już jest wow. To już jest duża firma. To nie są żarty.
Czytaj: Zdrowie psychiczne a obowiązki: jak zadbać o siebie i zachować równowagę
Otrzymaliście informację, że marka Pomelo została nagrodzona przez prestiżowy magazyn Forbes — czy to była radość?
Bartek: Była radość z jednego względu. Ja nie jestem fanem wielu konkursów, bo najczęściej musisz się zgłosić, zapłacić za zgłoszenie i dostajesz nagrodę. Forbes sam z siebie dał nam nagrodę, doceniając naszą pracę. I to jest super. Więc z tej perspektywy Forbes docenia to, co tutaj budujesz. To fajne, że ktoś z zewnątrz też to zauważył.
Ania: Dopiero jak jesteś w tym biznesie, to wiesz, że dużą część z tych oznaczeń po prostu możesz sobie kupić. A przeciętny konsument tego nie wie. A tutaj… To jest bardzo miłe, gdy jesteś nagradzany za to, że jesteś, za to, co robisz i ktoś to zauważa. Super.
Forbes sam z siebie dał nam nagrodę, doceniając naszą pracę. I to jest super.
Bartek: Aczkolwiek ja i tak bardziej się cieszę, jak widzę jak rosną nam pozytywne opinie naszych klientów, bo suma summarum to te wszystkie nagrody nic nie są warte. Jeżeli nie będziesz znowu mieć tego pozytywnego odbioru swojego produktu. Więc mi na przykład dużo więcej radości mi sprawia patrzenie na wykres, w którym rośnie ta skala ocen. To naprawdę obrazuje, ze nasza praca ma sens, że robimy dobrą robotę.
Kiedy jest niefajnie, kiedy jest pod górę, kiedy jest trochę gorzej – co Was trzyma przy myśli, że warto?
Bartek: Na pewno były takie momenty, kiedy było gorzej, ale to trochę jak — znowu wracam do sportu — jak Rocky, który leży na deskach. Otrzepujesz się, wstajesz i walczysz dalej. Nigdy nie mieliśmy takiej myśli, nawet jak było ciężko, że dobra, rzućmy to. Dajmy sobie spokój. A nawet jak była, to następnego dnia wstajesz i jedziesz dalej. Summa summarum jesteśmy w tym razem, co w wielu z wielu aspektów może być trudne. Ale jak jest ciężko, to bardzo dobrze sobie radzimy we dwoje.
Patrzysz, co się stało. Co się wywróciło? Naprawiasz, zabezpieczasz, by się nie wywróciło znowu. I działasz.
A jak się dzieje dobrze, to macie jakieś swoje sposoby na jakąś celebrujecie?
Bartek: Kiedyś dostałem taki kubek od swojego zespołu. Dzisiaj rekord, jutro norma, więc celebracja u nas trwa takie 5 sekund. No i dobra, już jesteśmy. Widzimy ten sufit staje się podłogą. Jedziemy dalej. Nie, to nie jest dobre, ale nie robimy tego.
Czytaj: Wszystko jest na Twojej głowie? Oto 7 sygnałów nadmiernej odpowiedzialności
Jak spędzacie czas taki. Taki wolny, bez. Bez pracy. Kiedy po prostu możecie robić to, co. To co chcecie. Nie zawodowo.
Ania: Myślę, że spędzamy ten czas jak każda normalna rodzina, czyli idziemy na rowery, zabieramy dzieciaki na basen, po prostu siedzimy w ogrodzie i dłubiemy w trawie. Jesteśmy ze sobą. Jedziemy na wakacje.
Bartek: Tak, przede wszystkim spędzamy czas z dziećmi. Więc tak jak zapytałaś o te randki, my naprawdę mało czasu mamy takiego, że jesteśmy sami we dwoje, więc głównie to jest wymyślanie kolejnych aktywności z dziećmi.
Chociaż nasze dzieci ostatnio mają na przykład taki etap, że bardzo lubią spędzać czas w domu. Chcą po prostu pobyć z nami w domu, porobić różne rzeczy. I tak nam myślę, że tak jak spędzamy 90% wolnego czasu.
Gdzie widzicie siebie i firmę za 11 lat?
Ania: Co nas czeka? Jakim klientem będzie nasz klient za 11 lat? Jak patrzę, jak klient się zmienił, jak zupełnie inne ma podejście do jedzenia i do cateringu dietetycznego, to ciężko mi jest wymyślić, gdzie będziemy za 11 lat, bo ciężko mi jest przewidzieć, gdzie nas klient zaprowadzi.
My trochę proponujemy, trochę pytamy, co by od nas on chciał i ciężko stwierdzić, gdzie ten taniec nas zaprowadzi, bo dość dużo pytamy klientów, my dużo nim rozmawiamy, badamy, wypytujemy, pokazujemy. Może tak, może siak. To jest bardzo trudne pytanie dla mnie, bo nie wiem nawet, gdzie bym chciała być. Chciałabym po prostu gdzieś z tymi klientami dalej iść.
Bo to jest trochę tak, że my podążamy za tym klientem w jakimś takim wspólnym tańcu.
Bartek: Jest łatwiej odpowiedzieć, bo dla mnie biznes to pasja, więc będziemy po prostu więksi. Czy 11 razy więksi? Zobaczmy. Ale zakładam, że będziemy w tym samym miejscu razem ze sobą. Robiąc coś fajnego. Tylko tak, jak kiedyś patrzyliśmy na to tak, że musieliśmy siedzieć na małej kuchni i pilnować, czy kucharz dobrze ugotował, to zakładam, że dalej razem będziemy robić coś w innym pomieszczeniu, ale budując coś, co wnosi wartość.
Czytaj: Pauza: jak krótkie zatrzymanie może zmienić sposób, w jaki pracujesz i współpracujesz
A kiedy cofniemy się te jedenaście lat, to jesteście zaskoczeni tym, gdzie was to wszystko zaprowadziło?
Bartek: Myślę, że bardzo, że ja sobie nie wyobrażałem, że jesteśmy w stanie stworzyć coś tak dużego. Ale jak zaczynasz biznes, zatrudniasz kilka osób, pięć osób, dziesięć osób, to nie myślisz sobie w ogóle o tym, że w przyszłości może to być 200, że to zaraz może być tysiąc. Tak, ale wtedy na pewno nie mieliśmy tego w głowie.
Na pewno trzeba też przyznać, że mieliśmy dużo szczęścia, bo nikt nie spodziewał się, że ten rynek cateringów dietetycznych tak urośnie, a urósł tylko w Polsce. Więc akurat trafiliśmy w niszę, która po prostu bardzo urosła.
Czego ja Wam mogę życzyć? Czego byście sobie życzyli?
Ania i Bartek: Spokoju. Stabilności. Braku nieprzewidzianych sytuacji. Bo z całą resztą sobie poradzimy. My wiemy co mamy robić, ale czy to tak jak wspomniałem wcześniej? Tylko czy wojna? Czy w Ukrainie te wszystkie rzeczy w jakiś sposób oddziałują mocno na biznes? Im większy biznes, tym mogą mocniej oddziaływać. Więc jeżeli my będziemy mieli normalne warunki do działania, to to z resztą sobie poradzimy.
Posłuchaj podcastu Well Be Stories
Historia Pomelo pokazuje, że trwały biznes to owoc setek decyzji i działań podejmowanych każdego dnia — często w warunkach niepewności, presji i ograniczonych zasobów. Chcesz wiedzieć więcej? Koniecznie posłuchaj rozmowy z Anną i Bartkiem Foszer w podcaście Well Be Stories.
O Well Be Stories
Well Be Stories to przestrzeń rozmów o dbaniu o ciało i umysł, pielęgnowaniu relacji, radzeniu sobie z trudnymi emocjami i sztuce odpuszczania. Znajdziesz tu tematy self-care, intuicyjnego podejścia do diety, sposoby na lęk i wypalenie oraz inspiracje do budowania zdrowych nawyków. To podcast dla osób, które chcą żyć bardziej świadomie i w zgodzie ze sobą – bez presji bycia idealnymi.
Artykuł powstał na podstawie podcastu. Wypowiedzi zostały zredagowane przez redakcję.
Youtube: TyxAC0ISi30














Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *