Czy optymizm jest cechą, z którą przychodzimy na świat, czy raczej kompetencją, którą można świadomie rozwijać? Jak odnaleźć wewnętrzny spokój w momentach, gdy rzeczywistość wystawia nas na próbę? I jak pielęgnować poczucie wdzięczności, nawet wtedy, gdy życie nie układa się zgodnie z naszymi oczekiwaniami?
Gościnią Alicji Sękowskiej, prowadzącej podcast Well Be Stories, jest artystka kabaretowa, aktorka i prezenterka Katarzyna Pakosińska-Basilashvili, która od lat pozostaje jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci polskiej sceny rozrywkowej. Jej sceniczna charyzma, wyczucie humoru i naturalna lekkość idą w parze z umiejętnością trafnego komentowania rzeczywistości.
Uśmiech jako umiejętność i świadoma praktyka
Czy uśmiech to spontaniczny odruch, czy raczej narzędzie, które można w sobie wypracować? W tej perspektywie przestaje być jedynie efektem dobrego dnia, a zaczyna pełnić funkcję wewnętrznego zasobu, po który sięgamy świadomie.
Pozytywne nastawienie nie eliminuje trudności, ale realnie zmienia sposób ich przeżywania i interpretowania. To przesunięcie akcentu — z reakcji na wybór — okazuje się kluczowe w budowaniu odporności psychicznej.
— Kiedy ma się uśmiech na twarzy i pozytywne nastawienie, łatwiej iść przez życie, choć samo wzbudzenie w sobie tego uśmiechu, jego wytrenowanie, to już coś więcej. Wydaje mi się, że to umiejętność, a skoro umiejętność — można ją ćwiczyć.
Myślę, że moje początki były dosyć intuicyjne. Moja radość życia — a może też książki, którymi od dzieciństwa się otaczałam — sprawiały, że widziałam świat w jaśniejszych barwach. Nawet kiedy coś mi się nie podobało, zawsze mówiłam sobie „nie, znajdę tam coś pięknego, coś pokoloruję, żeby było ładniej”. I rzeczywiście — ten uśmiech był.
Miałam też szczęście do ludzi. Były obok mnie osoby, które dały mi poczucie, że to, co noszę w sobie — wartości, uśmiech, pogoda ducha, początkowo bardzo ukryta — ma sens. Potrafiły mnie wzmocnić, przypiąć skrzydła, żebym mogła pofrunąć. To ogromny dar.
Uśmiech naprawdę pomaga. Ale żeby go utrzymać — świadomie, w konfrontacji z rzeczywistością — potrzeba ogromnej pracy. Zresztą proszę zwrócić uwagę: osoby naprawdę pogodne to często te, które w życiu wiele przeszły. Potrafią oddzielić to, czym nie warto się już zajmować. Mówią: „to było, mijamy to i budujemy dalej coś nowego”.
Czytaj: Mój wellbeing: dobre rady, sposoby na reset i idealny dzień gości WellBeStories
Kiedy uśmiech wymaga wysiłku, czyli o wychodzeniu z cienia i konfrontacji z oceną
Bywa, że uśmiech jest efektem długiego procesu przełamywania schematów i własnych ograniczeń. Szczególnie wtedy, gdy wychowanie i środowisko uczą raczej wycofania niż ekspresji. Moment konfrontacji z oceną innych potrafi zachwiać nawet najbardziej stabilnym poczuciem siebie. To właśnie w takich chwilach kształtuje się dojrzała odporność — oparta nie na unikaniu, lecz na rozumieniu.
— Pochodzę z bardzo tradycyjnego domu, więc uczono mnie, co dziewczynka powinna, jak się ma zachowywać. Raczej stać w trzecim rzędzie, nie wychylać się. A w moim zawodzie to oznaczało, że już na starcie byłam „przyhamowana”.
I nagle — jak sobie z tym poradzić, kiedy trzeba wyjść do przodu? Na początku bardzo przeżywałam krytykę i opinie ludzi wokół mnie. Było to dla mnie ogromnie zobowiązujące — zwłaszcza że w pierwszej kolejności słuchałam rodziców. To, co mówili, było dla mnie świętością. Dziś widzę, że nie zawsze — że oni po prostu szli swoimi schematami, które nie do końca do mnie pasowały. Ale dojście do tego zajęło mi trochę czasu. I chyba to było najtrudniejsze.
Największy kryzys przyszedł przy moim rozstaniu z Kabaretem Moralnego Niepokoju — sprawa ogólnopolska, nagle „Newsweek”, „Wysokie Obcasy”, ogromne skupienie na mnie i na mojej osobie. To było moje pierwsze tak silne zderzenie z publiczną oceną. Pamiętam, że wtedy bardzo pomogła mi przyjaciółka — psycholożka. Zadała mi jedno pytanie: „Czy ty znasz ludzi, którzy piszą te komentarze?”. Odpowiedziałam, że nie. „No właśnie — oni też cię nie znają. Mają jakiś twój obraz, ale tak naprawdę, pisząc o tobie, opisują siebie, swoimi narzędziami”.
To było dla mnie olśnienie. W dwóch zdaniach wszystko stało się jasne. Dziś patrzę na to zupełnie inaczej, ale wtedy był moment, kiedy mój uśmiech naprawdę się zawahał, że znowu się schowam do środka i będę pracowała w bibliotece.
Czytaj: Niebieskie strefy długowieczności. Na czym polega fenomen Blue Zones? Lista Power 9®
Dawanie energii i granice
Wizerunek osoby „od poprawiania nastroju” bywa zarówno zasobem, jak i obciążeniem. Oczekiwania otoczenia mogą niepostrzeżenie przesuwać granice — od naturalnej ekspresji do nieustannego „dawania”. Kluczowe okazuje się więc wypracowanie równowagi między empatią a samoświadomością. To właśnie ona pozwala dawać energię nie z przymusu, lecz z wewnętrznej obfitości.
— Myślę, że jestem z natury dawcą — mam tego świadomość. Często słyszę też, że powinnam się bardziej chronić. Ale wydaje mi się, że dziś jestem już na tyle silną osobą, poukładaną, że wiem, czego chcę.
Dlatego z poczucia dobrostanu daję swoją energię — choćby wtedy, gdy wychodzę na scenę. To są często dwugodzinne spotkania z publicznością, bardzo „jeden na jeden”. Czuję dokładnie, kto przede mną siedzi, jaki miał dzień. Wiem, ile od razu muszę dać z siebie — czy iść na pełnej mocy, czy mogę pozwolić sobie na spokojniejszy rytm, na dialog. Trochę zostałam też psychologiem — mam w sobie ogromną empatię i czucie ludzi. I chyba to przyszło z wiekiem, po pięćdziesiątce. Teraz, tuż przed kolejnymi urodzinami, znowu łapię się na różnych refleksjach.
Nauczyłam się zatrzymywać czas — przez koncentrację na tym, co tu i teraz. Na spotkaniu z ludźmi, na obserwowaniu tego, co dzieje się wokół mnie w danym momencie. Dzięki temu mam poczucie, że czas już mi nie ucieka. Nie wracam obsesyjnie do przeszłości, nie noszę w sobie „robaka”.
Oczywiście myślę o przyszłości — mam plany, marzenia. Ale nauczyła mnie też tego kultura gruzińska: żeby nie przywiązywać się do nich zbyt mocno. Bo los i tak zrobi swoje. Ja mogę jedynie nadać kierunek. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
Czytaj: O co chodzi w mindfulness? Uważność w teorii i praktyce, w codziennym życiu
Twórczy bunt zamiast „ciepłych kapci”
Bunt nie zawsze oznacza sprzeciw — czasem jest siłą napędową, która nie pozwala stanąć w miejscu. To energia, która każe podważać schematy, szukać nowych dróg i nie zadowalać się tym, co już osiągnięte. W tej perspektywie bunt staje się nie tylko naturalny, ale wręcz konieczny, by się rozwijać.
— Do dzisiaj się buntuję. Ta energia i bunt wciąż we mnie są — uwielbiam wychodzić poza granice, zmieniać schematy. Dbam o ten bunt, bo wydaje mi się, że jest twórczy. To „uśpienie”, te „ciepłe kapcie” — oczywiście są wygodne i miłe, ale wiem, że nigdy nie będę osobą, która odcina kupony od tego, co już było. Cały czas mnie gdzieś niesie. Nie umiem osiąść w jednym miejscu i powiedzieć: „to jest moje, tu już zostaję na zawsze”. To nie mój charakter.
Za kulisami: stres, cisza i odpowiedzialność za uśmiech
Wejście na scenę nie zawsze oznacza lekkość i pewność siebie — często to moment konfrontacji z własnymi emocjami. Nawet doświadczeni artyści mierzą się z wątpliwościami, szczególnie wtedy, gdy sami nie czują się najlepiej. A jednak to właśnie wtedy zaczyna się prawdziwa praca: dać ludziom coś, czego samemu na chwilę brakuje.
— A jak to jest wchodzić na scenę i bawić ludzi, kiedy nam samym nie jest do śmiechu? Zawsze, kiedy stoję za kulisami i słyszę ten gwar — bo różne są występy, czasem sto osób, czasem więcej — myślę: „Matko jedyna, czy ja mam dziś tyle siły? Co ja mam dzisiaj powiedzieć?”. To zawsze bawi osoby, które są obok mnie, bo obserwują mnie od lat, a to naprawdę jest mój stres.
Zastanawiam się, czy dziś podołam, czy uruchomię w sobie tyle energii, żeby dać ludziom uśmiech i pogodę. Są też takie występy, kiedy za kulisami jest absolutna cisza — i wiem, że to będzie trudniejsze. Bo kiedy słychać szmer, śmiech, rozmowy, wchodzę z innego poziomu. A cisza oznacza: „oho, dziś mam trochę więcej do zrobienia”.
Ale to są moi ulubieni ludzie. Mimo wszystkiego naprawdę lubię ludzi — i myślę, że to widać na scenie. Dlatego po spektaklach nie uciekam za kulisy. Zawsze wychodzę do publiczności, rozmawiam, słucham. I często słyszę: „Boże, pani Kasiu, jaka pani jest normalna, taka nasza”. Z tą normalnością to bym nie przesadzała — w tym zawodzie trzeba być trochę szalonym, trochę na wspak, inaczej nie da się tego udźwignąć. Ale naprawdę lubię to robić.

Jak odzyskać równowagę po emocjonalnym maratonie
Za energią sceniczną zawsze stoi potrzeba wyciszenia i powrotu do siebie. Im więcej dajemy innym, tym bardziej potrzebujemy przestrzeni, w której możemy po prostu być, bez oczekiwań. To właśnie tam rodzi się równowaga, która pozwala wracać na scenę z nową siłą.
— Równowaga i wytchnienie w moim przypadku to dom. Ten mój las, mój ogród, mój fotel, moja czekolada, moje książki, moja muzyka. Ale przede wszystkim cisza. Często ludzie zaczepiają mojego męża po występach i pytają: „Boże, jak pan może z tą kobietą wytrzymać? Ona cały czas gada”. A to wcale tak nie jest. Kiedy się tak bardzo „wygadam” — na scenie czy w szkole — wracam do domu i… nie mówię. Najchętniej tylko słucham. Ale niech nikt nie oczekuje ode mnie opowieści. Bo ja po prostu muszę coś w sobie wyciszyć.
Czytaj: Journaling: pytania, które pomagają się zatrzymać i zadbać o dobrostan
Miłość bez kontroli
Związek nie musi być nieustanną rozmową ani próbą wzajemnego „ulepszania się”. Czasem to właśnie przestrzeń, luz i codzienne drobiazgi budują najtrwalsze relacje. A kluczem okazuje się coś prostego: odpuścić kontrolę i zaufać.
— Jak utrzymać szczęśliwy związek? Pierwsza rzecz: wyłączyć jakąkolwiek kontrolę nad drugą osobą. Często, zwłaszcza my kobiety, mamy potrzebę poprawiania, szlifowania, kontrolowania. Ja też musiałam się z tym zmierzyć — odezwało się moje tradycyjne wychowanie. Ale trafiłam na bardzo ognistą, górską naturę z Kaukazu i szybko okazało się, że to zupełnie nie działa.
Kiedy przestałam kontrolować, „puściłam”, zaczęłam ufać drugiej stronie — że on też potrafi, że nie wszystko muszę ogarniać — pojawiło się coś pięknego: spokój, brak szamotaniny, brak potrzeby udowadniania czegokolwiek. Może też dlatego, że spotkaliśmy się jako już ukształtowane osoby i pokochaliśmy się za tę inność i podobieństwo jednocześnie.
Do tego szczypta humoru — absolutnie niezbędna. Jeśli nie potrafimy się razem pośmiać, jest dużo trudniej. Dalej: codzienna pielęgnacja — zwykłe „dzień dobry”, „dobranoc”, wspólne śniadanie mimo biegu dnia, drobne niespodzianki, jak kwiatek czy czekolada. Uważność na siebie.
Na pewno nie zmienianie drugiej osoby. Ja na początku miałam poczucie, że wszystko muszę ogarnąć — może przez różnice kulturowe, brak języka, że trzeba pomóc. A okazało się, że nie.
Czytaj: Jak być życzliwym dla siebie i odzyskać spokój? Rozmowa z Aidą Kosojan-Przybysz
Śmiech, który łączy. O relacji, codzienności i świadomości czasu
Poczucie humoru w związku to nie dodatek, ale fundament, który pomaga przechodzić przez codzienność z lekkością. To właśnie w drobnych sytuacjach widać, jak bardzo dwie osoby są ze sobą naprawdę połączone — nawet wtedy, gdy fizycznie są osobno. A kiedy do tego dochodzi świadomość, że czas jest ograniczony, każda chwila zaczyna mieć większą wartość.
— Dystansu, uśmiechu, żartów jest u nas dużo, bardzo dużo — i od razu jest łatwiej. O wiele łatwiej. To też taki paradoks — nasz optymizm bierze się z tego, że mamy świadomość ograniczoności czasu. On nie jest nieskończony, jest konkretny. I to daje nam myślenie, żeby każdą chwilę przeżywać intensywnie, „wyciskać jak cytrynę”, nie odpuszczać.
Czytaj: Presja bycia idealną: skąd się bierze i jak sobie radzić z oczekiwaniami innych
Czego dziś naprawdę potrzeba? O śnie, bliskości i małej filozofii dobrego życia
Nie zawsze chodzi o wielkie cele i spektakularne marzenia. Czasem najważniejsze okazują się rzeczy proste: sen, bliscy ludzie i poczucie sensu w codzienności. A także decyzja, by mimo wszystko — świata, który bywa trudny — pozostać po stronie dobra. A czego by sobie Katarzyna Pakosińska teraz w swoim życiu życzyła? Co jest dziś najbardziej potrzebne?
— Czego mi brakuje? Na przykład snu. To prawda — gdybym miała powiedzieć konkretnie, to właśnie bardziej regularnego spania. Te pełne siedem, siedem i pół godziny — to byłoby idealnie. Zwłaszcza że jestem już po menopauzie — to też ciekawa historia, bo długo się na nią przygotowywałam i słuchałam różnych opowieści. A ponieważ dbam o siebie i dobrze czuję swój organizm, udało mi się przejść przez to naturalnie, bez żadnych „zewnętrznych dopalaczy”. To dla mnie ogromne osiągnięcie — jestem już po tej drugiej stronie.
Bałam się menopauzy, najbardziej tych „mgieł”, utraty myśli. Myślałam: „jak ja będę stała dwie godziny na scenie i nagle mnie to złapie?”. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, więc naprawdę odetchnęłam.
Ale chyba najbardziej życzyłabym sobie ludzi „po mojemu sercu”. I mam ich — cudowne przyjaciółki, naprawdę na dobre i złe. Mam rodziców, którzy są obok i dają mi ciepło. Mam swój dom. Mam córkę, z której jestem ogromnie dumna — wyrasta na wspaniałą kobietę, podziwiam ją. Jestem też dumna z moich „dzieci gruzińskich”, choć teraz są jeszcze w Tbilisi i kończą studia.
Czuję, że wokół mnie jest dużo dobra — mimo tego, co dzieje się na świecie, co bywa dla mnie koszmarem. Dlatego mam takie swoje postanowienie życiowe. Jeżeli nie mogę zadbać o cały świat, zagasić tych pożarów, które tak naprawdę są dla mnie tak powtarzalne, że wystarczy znać trochę historii, żeby wiedzieć, jak pewne rzeczy się kończą, to przynajmniej zadbam o swój mały kawałek rzeczywistości. Każdy z nas ma w sobie jakąś dobroć — niech zadba o swój najbliższy krąg.
Wierzę, że to się rozchodzi, że to działa. Idę na spacer, uśmiecham się — ludzie odwzajemniają uśmiech. To działa jak lustro. Więc bądźmy dla siebie dobrym lustrem. To naprawdę żadna wielka filozofia — po prostu proste życie.
Czytaj: Jak osiągnąć szczęście? Poznaj sekret i proste sposoby, które naprawdę działają
Dlaczego warto posłuchać podcastu?
Rozmowa Katarzyny Pakosińskiej i Alicji Sękowskiej należy do tych, które nie epatują powierzchowną motywacją, lecz oferują coś znacznie trwalszego — uważne, ciepłe i pozbawione uproszczeń spojrzenie na emocje, relacje i codzienność. To nie jest inspiracja „na chwilę”, ale subtelna zmiana perspektywy, która pozwala inaczej interpretować własne doświadczenia i lepiej rozumieć siebie oraz innych.
Podcast pozostawia słuchacza z istotnym pytaniem: czy rzeczywiście musimy zmieniać otaczającą nas rzeczywistość, by poczuć ulgę i równowagę? A może klucz tkwi w sposobie, w jaki ją postrzegamy? To propozycja refleksji, która nie narzuca gotowych odpowiedzi, lecz zachęca do ich samodzielnego odnalezienia.
Zatrzymaj się na chwilę, wsłuchaj w tę rozmowę i sprawdź, które myśli zostaną z Tobą najdłużej. Czasem jedno zdanie wystarczy, by uruchomić zmianę — i właśnie ono może okazać się najcenniejszym punktem całej tej opowieści.
Artykuł powstał na podstawie podcastu, a przytoczone wypowiedzi zostały zredagowane przez redakcję.
O Well Be Stories
Well Be Stories to przestrzeń rozmów o dbaniu o ciało i umysł, pielęgnowaniu relacji, radzeniu sobie z trudnymi emocjami i sztuce odpuszczania. Znajdziesz tu tematy self-care, intuicyjnego podejścia do diety, sposoby na lęk i wypalenie oraz inspiracje do budowania zdrowych nawyków. To podcast dla osób, które chcą żyć bardziej świadomie i w zgodzie ze sobą – bez presji bycia idealnymi.















Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *