Z jakiego powodu tak łatwo wpadamy w pułapkę porównywania się do innych i dlaczego tak trudno się z niej uwolnić? Dlaczego presja dążenia do ideału coraz silniej wpływa na zdrowie psychiczne Polek? Czym jest dobre życie i jak dbać o swój dobrostan?
Za daleko od ideału...
Gościnią Alicji Sękowskiej, prowadzącej podcast Well Be Stories, jest Marta Iwanowska-Polkowska: psycholożka, coachka, założycielka Manufaktury Rozwoju i autorka książek „Kiedy życie mówi sprawdzam” oraz „Nażyć się. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć”.
Pretekstem do spotkania jest raport „Za daleko od ideału. Presja porównywania a dobrostan kobiet 35+”, opracowany na podstawie badania „Ty, Twoja codzienność i emocje” przez redakcję Well Be Studio w marcu 2026 r.
W rozmowie ekspertka nie tylko tłumaczy mechanizmy stojące za porównywaniem się, ale też podpowiada, jak krok po kroku odzyskać spokój i wrócić do siebie — bez ciągłego mierzenia się cudzą miarą. W specjalnym odcinku podcastu Well Be Stories padają więc odpowiedzi, które mogą realnie zmienić sposób, w jaki patrzysz na siebie i swoje życie.
W raporcie Well Be Studio zwraca uwagę pewien paradoks: ponad 61% respondentek ocenia swoje życie jako dobre lub bardzo dobre, a jednocześnie podobny odsetek przyznaje, że często lub bardzo często odczuwa codzienne napięcie. Czy to znaczy, że satysfakcja z życia może współistnieć z dużym obciążeniem psychicznym?
— Absolutnie tak. Ten fragment raportu również przykuł moją uwagę, ale jednocześnie pomyślałam: to przecież bardzo trafny obraz rzeczywistości.
Wciąż funkcjonuje w nas przekonanie, że dobrostan i poczucie szczęścia są możliwe tylko wtedy, gdy wyeliminujemy stres, pośpiech i napięcie. Tymczasem to założenie jest po prostu nierealistyczne.
Oczywiście bywają momenty, kiedy tego stresu jest za dużo, a tempo życia staje się przytłaczające. Ale samo w sobie dobre, wartościowe życie jest w pewnym sensie życiem wymagającym, a więc także stresującym.
Dobre, wartościowe życie jest w pewnym sensie życiem wymagającym, a więc także stresującym.
Stres jest naturalną, adaptacyjną reakcją organizmu na rzeczywistość, w której funkcjonujemy. Co więcej życie, które uznajemy za dobre, bardzo często wiąże się z zaangażowaniem, a to oznacza, że coś jest dla nas ważne.
Czytaj: Stres pod kontrolą. Jak działa, skąd się bierze i co zrobić, by nie spalał?
Relacje, które budujemy, dają nam ogromną wartość, ale jednocześnie bywają wymagające i dynamiczne. Podobnie jest z poczuciem sensu: kiedy żyjemy w zgodzie z wartościami, nie zawsze oznacza to komfort. Czasem oznacza napięcie, trudne decyzje, a nawet wewnętrzne konflikty.
Dlatego nie jest tak, że możemy być naprawdę zadowoleni tylko wtedy, gdy nasze życie stanie się spokojne, bo ono z natury rzeczy rzadko takie bywa. Jest zmienne, intensywne, pełne wyzwań. I być może sedno nie polega na tym, by usunąć napięcie, lecz by umieć odnajdywać spokój, radość i poczucie spełnienia pomimo tego, jakie życie czasem jest.
Sedno nie polega na tym, by usunąć napięcie, lecz by umieć odnajdywać spokój, radość i poczucie spełnienia pomimo tego, jakie życie czasem jest.
Czytaj: Jak osiągnąć szczęście? Poznaj sekret i proste sposoby, które naprawdę działają
Skąd bierze się to powszechne przekonanie, że dobre życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy znika stres? Dlaczego tak rzadko mówi się o tym, że napięcie jest jego naturalną częścią?
— To przekonanie jest bardzo silne, choć w gruncie rzeczy nierealistyczne. W terapii, w nurcie ACT, czyli terapii akceptacji i zaangażowania, mówimy o czymś takim jak „cele nieboszczyka”. To są cele, które może spełnić tylko ktoś, kto… nie żyje. Na przykład: nie czuć stresu, nie odczuwać złości, nie denerwować się, nie mieć trudnych myśli. Tyle że to jest po prostu niemożliwe.
Emocje, napięcie, stres — to nie są błędy systemu. To nasza naturalna, adaptacyjna reakcja na świat i na to, co się w nim dzieje. Nawet osoby bardzo spokojne, uważne, pracujące nad sobą też się złoszczą czy frustrują.
Czytaj: Poznaj 3 proste ćwiczenia oddechowe na stres, lepszy sen i więcej energii
Różnica polega nie na tym, że nie czują, ale na tym, jak z tymi emocjami żyją. Bo dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, żeby „wyłączyć czucie”. Gdybyśmy naprawdę przestali czuć trudne emocje — złość, lęk, wstyd czy smutek — przestalibyśmy czuć również radość, bliskość, ekscytację. Nie da się selektywnie wyłączyć tylko „tych złych”. Jesteśmy stworzeni do czucia — w pełnym spektrum.
Dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, żeby „wyłączyć czucie”. Bo dojrzałość emocjonalna nie polega na tym, żeby „wyłączyć czucie”.
To, czego możemy się nauczyć, to regulacja. Czyli nie każda emocja musi nami rządzić, nie każdy stres musi nas paraliżować, nie każdy smutek musi nas zatrzymywać na długie dni. Możemy reagować bardziej świadomie, bardziej adekwatnie — i mimo wszystko żyć dobrze. I to jest w gruncie rzeczy bardzo pokrzepiające: że nie musisz najpierw „naprawić” swojego życia, żeby poczuć ulgę. Możesz ją poczuć, uznając, że to, co czujesz, jest w porządku.
Nie musisz najpierw „naprawić” swojego życia, żeby poczuć ulgę. Możesz ją poczuć, uznając, że to, co czujesz, jest w porządku.
Czytaj: Rozmowa, egzamin, prezentacja: jak się szybko uspokoić i opanować stres?
Jakie są skutki takiego ciągłego porównywania się do innych, zwłaszcza kiedy staje się to nawykiem i robimy to niemal automatycznie?
— Musimy zacząć od tego, że samo porównywanie nie jest z natury czymś złym. Ono bywa dla nas trudne, czasem nas podkopuje, ale jednocześnie pełni ważną funkcję. Nie pojawiło się w naszym umyśle przypadkowo.
Wszyscy się porównujemy — jedni bardziej świadomie, inni mniej, jedni bardziej się tym przejmują, inni potrafią szybciej odpuścić. To jest jeden z naszych adaptacyjnych mechanizmów przetrwania. Człowiek pierwotny musiał porównywać się z innymi, żeby ocenić swoje szanse na przeżycie, na poradzenie sobie w danej sytuacji. To pomagało przetrwać, dlatego ten schemat jest w nas tak silnie zakorzeniony.
Wszyscy się porównujemy — jedni bardziej świadomie, inni mniej, jedni bardziej się tym przejmują, inni potrafią szybciej odpuścić.
Natomiast problem zaczyna się we współczesnym świecie, bo dziś mamy nieporównywalnie więcej płaszczyzn do porównań. Porównujemy się w obszarach, które kiedyś w ogóle nie były widoczne ani dostępne. Dla przykładu jeszcze kilkanaście lat temu nie mieliśmy wglądu w to, jak ktoś wygląda o 7 rano, jakie ma rytuały pielęgnacyjne, jak dba o skórę, jaki ma „glow”. Dziś widzimy to codziennie i zaczynamy to ze sobą zestawiać, choć wcześniej nawet nie przyszłoby nam to do głowy.
Czytaj: Jak przestać porównywać się w social mediach i odzyskać spokój? Da się!
Do tego porównujemy się z dużo większą liczbą osób. Kiedyś były to głównie osoby z najbliższego otoczenia: rodzina, sąsiedzi, współpracownicy. Dziś możemy porównywać się z ludźmi z całego świata: z celebrytami, sportowcami, osobami z mediów społecznościowych — często z bardzo wyselekcjonowanymi, wyidealizowanymi obrazami ich życia.
I co ważne, możemy to robić właściwie bez przerwy. Wystarczy się obudzić, sięgnąć po telefon i już wchodzimy w tryb porównywania. I to właśnie ta skala, intensywność i dostępność sprawiają, że ten mechanizm zaczyna działać na naszą niekorzyść.
Czytaj: Social media, AI, patostreamy i cyfrowe granice: rozmowa z Wojtkiem Kardysiem
Powiedziałaś, że porównywanie samo w sobie nie jest złe, ale w praktyce często wywołuje trudne emocje. Z czego to wynika?
— I to jest właśnie kluczowy moment, bo największe zagrożenie nie leży w samym porównywaniu, tylko w tym, co uruchamia się w nas tuż po nim. Bardzo często prowadzi ono do obniżenia poczucia własnej wartości, spadku pewności siebie i zaufania do siebie. Dzieje się tak dlatego, że niemal automatycznie włącza się w nas krytyczne, surowe myślenie o sobie.
Warto zauważyć, że niezwykle rzadko porównujemy się w sposób, który nas wzmacnia. Znacznie częściej robimy to w kierunku, który nas podkopuje — zaczynamy widzieć siebie jako gorsze, niewystarczające, mniej kompetentne. W wyniku porównań koncentrujemy się na brakach, na tym, czego nam nie posiadamy, zamiast na zasobach, które już mamy.
To jest pewien nawyk myślowy — sposób interpretowania rzeczywistości, który można zmieniać. Bo choć porównywania nie da się całkowicie wyeliminować, to można nauczyć się robić je inaczej — bardziej świadomie, mniej automatycznie i przede wszystkim z większą życzliwością wobec siebie.
Czytaj: Presja bycia idealną: skąd się bierze i jak sobie radzić z oczekiwaniami innych
Na jakich płaszczyznach my, kobiety, najczęściej się porównujemy?
— Przede wszystkim ciało — i mam wrażenie, że dziś nawet bardziej niż kiedyś. Cielesność kobiet zawsze była tematem społecznej oceny, ale obecnie jest ona analizowana znacznie dokładniej, niemal pod lupą. Porównujemy nie tylko sylwetkę, ale też skórę, sposób starzenia się, rytuały pielęgnacyjne, detale, które kiedyś w ogóle nie były widoczne dla innych.
Bardzo silnym obszarem porównań jest też macierzyństwo — i dotyczy to zarówno kobiet, które mają dzieci, jak i tych, które ich nie mają. Niezależnie od sytuacji pojawia się przestrzeń do oceniania siebie: czy mam dzieci, czy „powinnam”, ile ich mam, jak je wychowuję, jak radzę sobie z domem. Zawsze znajdzie się punkt odniesienia, który podsuwa myśl, że można było zrobić coś lepiej.
Czytaj: Jestem wystarczająca, czyli jak się zaakceptować i przestać naprawiać
Do tego dochodzi sfera zawodowa — sposób, w jaki realizujemy się w pracy, tempo rozwoju, osiągnięcia. Coraz częściej porównujemy także to, jak wygląda nasze życie poza pracą: jak spędzamy wolny czas, czy żyjemy „wystarczająco ciekawie”, czy podróżujemy, czy dbamy o siebie. To stosunkowo nowa kategoria, która pojawiła się wraz z większą widocznością codzienności innych ludzi.
Wcześniej wiele z tych obszarów nie było przedmiotem porównań, bo po prostu nie mieliśmy do nich dostępu albo nie przykładaliśmy do nich takiej wagi. Dziś ten dostęp jest niemal nieograniczony, a to sprawia, że porównywanie rozlewa się na kolejne sfery życia.
Z mojego doświadczenia wynika też, że w tle bardzo często uruchamia się dodatkowy mechanizm — perfekcjonizm. Porównywanie i krytyczne podejście do siebie mogą wzmacniać przekonanie, że jeśli coś zrobimy idealnie, perfekcyjnie, to „wygramy” w tej nieformalnej rywalizacji, w której – często nieświadomie – bierzemy udział. I to jest moment, w którym ten mechanizm zaczyna nas najbardziej obciążać.
Czytaj: Minimalizm w życiu: zobacz, jak uprościć codzienność i zyskać spokój
Kiedy porównywanie się może być dla nas czymś dobrym, a kiedy zaczyna szkodzić? Gdzie przebiega ta granica?
— Myślę, że porównywanie jest w porządku wtedy, kiedy działa mobilizująco i inspirująco. Kiedy prowadzi nas w stronę myśli: „skoro ona mogła, to może ja też mogę”. Na przykład widzę koleżankę, która łączy pracę, dom, dzieci i jeszcze zrobiła studia podyplomowe — i zamiast poczuć się gorsza, myślę: „to znaczy, że to jest możliwe, może ja też mogę spróbować, bo to jest coś, co mnie naprawdę interesuje”. Wtedy porównywanie otwiera, a nie zamyka.
Natomiast zaczyna być problemem wtedy, kiedy prowadzi nas wyłącznie w stronę deficytów. Kiedy zaczynamy myśleć o sobie jako o kimś gorszym, niewystarczającym, „wybrakowanym”. Kiedy zamiast mobilizacji pojawia się paraliż. Bardzo często jest on powiązany z perfekcjonizmem — pojawia się myśl: „i tak nie dam rady, i tak nie będę taka jak ona, więc po co próbować”.
I to jest właśnie moment, w którym porównywanie przestaje nas rozwijać, a zaczyna nas zatrzymywać. Kiedy zamiast dodawać energii, odbiera ją i sprawia, że symbolicznie „zaciągamy hamulec”.
Czytaj: Journaling: pytania, które pomagają się zatrzymać i zadbać o dobrostan zimą
Kto porównuje się najczęściej? Czy to wynika z dzieciństwa i sposobu, w jaki jesteśmy wychowywani?
— Myślę, że ogromne znaczenie ma tutaj dzieciństwo i tak zwana historia uczenia się. Bo możemy dorastać w środowisku, w którym porównywanie było czymś zupełnie naturalnym, a nawet traktowanym jako metoda wychowawcza.
Jeśli dziecko często słyszy komunikaty w stylu: „dostałaś piątkę, ale zobacz, jaką ocenę dostał ktoś inny” albo obserwuje, jak dorośli porównują się do sąsiadów czy znajomych, to nasiąka tym sposobem myślenia. I później, już jako dorosła osoba, odtwarza go automatycznie.
Czytaj: Jak trauma kształtuje nasze życie i relacje: rozmowa z Magdaleną Palą
Do tego dochodzi jeszcze drugi ważny element — duże przywiązanie do opinii innych. Jeśli w domu podkreśla się, co ludzie powiedzą, jak wypadamy na tle innych, czy jesteśmy „wystarczająco dobrzy”, to takie przekonania bardzo mocno się utrwalają. Co ważne, rodzice najczęściej nie robią tego ze złej woli. Często wydaje im się, że w ten sposób motywują dziecko, mobilizują je do rozwoju. Problem w tym, że efekt bywa odwrotny — zamiast wzmacniać, podkopują poczucie własnej wartości.
Porównywanie nasila się też wtedy, gdy w wychowaniu jest dużo uwagi kierowanej na deficyty, a mało na zasoby. Kiedy dziecko częściej słyszy, co robi źle, niż co robi dobrze. A przecież w każdym dziecku jest coś, czym można się zachwycić — tylko czasem trzeba się tego nauczyć dostrzegać.
Czytaj: Jak pokonać lęk i działać? Rozmowa z Marcinem Matychem, dr. Nerwicą
Z mojego doświadczenia wynika, że to naprawdę robi różnicę. Sama jestem mamą dwóch synów i oczywiście widzę, w czym mogliby być lepsi — jak każdy rodzic. Ale jednocześnie wiem bardzo konkretnie, w czym są wyjątkowi, jakie mają talenty, co ich wyróżnia.
I zależało mi na tym, żeby oni też to wiedzieli. Bo oni również się porównują — są w mediach społecznościowych, mają znajomych, funkcjonują w świecie, w którym ten mechanizm jest wszechobecny. Tego nie da się „wyłączyć”. Można natomiast równoważyć go świadomością własnych zasobów.
Czytaj: Brak czasu dla siebie? Wprowadź 6 małych zmian, które robią dużą różnicę

Kiedy zaczynamy się porównywać?
Porównywanie się zaczyna się bardzo wcześnie. Badania pokazują, że już kilkuletnie dziewczynki mają refleksje na temat swojego wyglądu. A w wieku mniej więcej 8–13 lat często zaczyna spadać pewność siebie, między innymi właśnie przez porównywanie się. To moment wejścia w system szkolny, gdzie pojawia się wiele komunikatów typu:
- „zobacz, jak ona to robi”,
- „zobacz, jaki on jest grzeczny”,
- „tak powinnaś się zachowywać”.
I tych odniesień do innych jest po prostu bardzo dużo. Dlatego odpowiedź brzmi: nie tyle istnieje jeden „typ” osoby, która się porównuje, ile raczej są pewne doświadczenia, które ten mechanizm wzmacniają. A im wcześniej się pojawiły i im częściej były powtarzane, tym bardziej staje się on naszym domyślnym sposobem myślenia o sobie.
Czytaj: Jak być życzliwym dla siebie i odzyskać spokój? Rozmowa z Aidą Kosojan-Przybysz
Co my, jako rodzice, możemy zrobić, żeby wzmocnić dziecko i ograniczyć negatywne skutki porównywania się?
— Po pierwsze zaczęłabym od normalizowania tego, że porównywanie jest czymś naturalnym. My jesteśmy w nim zanurzeni kulturowo, społecznie, językowo –— to jest automatyczny mechanizm naszego umysłu i nie da się go po prostu wyłączyć. Dobrze, żeby dziecko wiedziało, że to, co się z nim dzieje, nie jest „dziwne” ani „złe”, tylko ludzkie.
Po drugie pokazałabym dziecku, że porównywanie ma dwie strony. Może nas inspirować i motywować, ale może też ranić i podkopywać. I że to w pewnym sensie od nas zależy, co z tym zrobimy, czy wykorzystamy to jako impuls do rozwoju, czy jako powód do krytykowania siebie.
Czytaj: Wychowanie dziecka i porozumienie bez krzyku. Rozmowa z Anastazją Bernad
Bardzo ważne jest też zatrzymanie się przy emocjach dziecka, szczególnie kiedy doświadcza ono przykrych porównań. Jeśli dziecko przychodzi zapłakane, bo ktoś powiedział mu coś raniącego, to naszym pierwszym odruchem nie powinno być „naprawianie” sytuacji czy szybkie szukanie rozwiązań.
Najpierw trzeba być obok. Usiąść, przytulić, powiedzieć: „widzę, że to było dla ciebie trudne, przykro mi, że cię to spotkało”. Towarzyszenie w emocjach jest ważniejsze niż natychmiastowe tłumaczenie świata. Dopiero później można delikatnie pokazywać perspektywę. Na przykład zwrócić uwagę, że takie komunikaty są ocenami, a oceny bardzo upraszczają i często ranią, bo sprowadzają człowieka do jednego aspektu, na przykład wyglądu. Można też zachęcać dziecko do ciekawości: że człowiek to coś więcej niż to, co widać na pierwszy rzut oka – więcej niż wygląd, oceny czy umiejętności.
Kluczowe jest również wzmacnianie w dziecku świadomości jego zasobów. Nawet jeśli mierzy się z jakąś trudnością — zdrowotną, emocjonalną czy rozwojową — to nie definiuje go to w całości. Dziecko potrzebuje wiedzieć, w czym jest dobre, co jest w nim wyjątkowe, co stanowi jego siłę. I to nie w formie ogólników, tylko konkretnie, wiarygodnie.
Czytaj: Mindful parenting w erze technologii. Jak wychowywać dzieci z uważnością?
Dziecko potrzebuje wiedzieć, w czym jest dobre, co jest w nim wyjątkowe, co stanowi jego siłę
W takich sytuacjach warto też czasem odwrócić perspektywę i zapytać: „co to mówi o osobie, która tak ocenia?”. To pomaga dziecku zobaczyć, że cudza krytyka często wynika z czyichś trudności, lęków czy niewiedzy, a nie jest obiektywną prawdą o nim.
I jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: docenienie tego, że dziecko w ogóle przychodzi i mówi o trudnych doświadczeniach. Bo porównywanie bardzo często wiąże się ze wstydem, a wstyd lubi ciszę. Dzieci często zostają z tym same. Dlatego zdanie: „dziękuję, że mi o tym mówisz” ma ogromną moc – buduje zaufanie i daje poczucie bezpieczeństwa.
Nie chodzi o to, żeby dziecko nigdy nie doświadczało porównań — to niemożliwe. Chodzi o to, żeby miało w sobie wystarczająco dużo oparcia, żeby te porównania go nie definiowały.
Czytaj: Jak stawiać granice dziecku? Rozmowa z Mariolą Kurczyńską o wychowaniu
Wróćmy do porównywania się wśród dorosłych kobiet. Jak ono wpływa na decyzje, które podejmujemy?
— Myślę, że porównywanie może wpływać na nasze decyzje co najmniej na kilka bardzo wyraźnych sposobów. Z jednej strony może działać mobilizująco — inspirować nas, poszerzać perspektywę, dodawać odwagi. Kiedy widzimy, że ktoś zrobił coś, co wydawało się trudne albo odległe, możemy pomyśleć: „to znaczy, że ja też mogę spróbować”. I wtedy porównywanie otwiera nas na działanie.
Z drugiej strony może działać dokładnie odwrotnie — hamować. I tutaj bardzo często włącza się perfekcjonizm, który jest jednym z najsilniejszych „hamulców decyzyjnych”. Pojawia się myśl:
- „nie zrobię tego, bo nie zrobię tego wystarczająco dobrze”,
- „nie mam takich kompetencji jak ona”,
- „nie będę taka jak inni”.
I w efekcie nie podejmujemy decyzji wcale — zostajemy w miejscu, mimo że coś nas woła do zmiany.
Ale jest też trzeci, mniej oczywisty mechanizm, który uważam za szczególnie ważny. Porównywanie może sprawić, że zaczynamy podejmować decyzje, które tak naprawdę nie są nasze. Zamiast sprawdzać, czego my chcemy, co jest zgodne z naszymi wartościami, zaczynamy „ściągać” z innych – kopiować ich wybory, styl życia, kierunki działania.
Czytaj: Czym jest odporność psychiczna i jak ją budować? Rozmowa z dr Joanną Gutral
Porównywanie może sprawić, że zaczynamy podejmować decyzje, które tak naprawdę nie są nasze
I wtedy pojawia się myślenie: „ona tak robi, więc ja też powinnam”, „to jest teraz modne, więc to jest właściwe”, „tak wygląda sukces, więc ja też muszę tam iść”. Tyle że w tym wszystkim bardzo łatwo zgubić pytanie: czy to w ogóle jest dla mnie?
Dlatego porównywanie ma ogromny wpływ na nasze decyzje: może nas do nich przybliżać, od nich oddalać albo sprawiać, że podejmujemy je… nie do końca w zgodzie ze sobą. I właśnie ta ostatnia sytuacja bywa najbardziej podstępna.
Czytaj: Jak mówić „nie” i wytyczać granice w miłości, pracy i życiu. Mały poradnik
A kiedy wiemy, że coś naprawdę jest dla nas, a nie tylko wynika z porównywania się do innych?
— To jest moment, w którym warto się zatrzymać i sprawdzić, na ile dana decyzja jest spójna z nami. Z naszymi potrzebami, wartościami, aktualną kondycją — fizyczną i psychiczną — z naszym stylem życia i sytuacją, w której jesteśmy. Innymi słowy: czy to w ogóle do mnie pasuje? Czy to jest o mnie?
Mogę podać bardzo prosty przykład z własnego życia. Mam dwie przyjaciółki, które biegają: jedna regularnie startuje w maratonach, druga też świetnie sobie radzi. I ja mogłabym się z nimi porównywać bez końca. Tylko że prawda jest taka, że ja nigdy nie lubiłam biegać. A dodatkowo, po chorobie onkologicznej, mam problemy z ścięgnami Achillesa, więc bieganie zwyczajnie nie jest dla mnie dobre.
Czytaj: Jak budować nawyki, które zostają na lata? Poznaj patenty na trwałą zmianę
Mogłabym oczywiście wpaść w taki schemat: „jestem beznadziejna, bo nie biegam, nie jestem wystarczająco fit”, i próbować się zmuszać. Ale równie dobrze mogę się zatrzymać i powiedzieć: „okej, bieganie nie jest moje”. Za to mam inne aktywności — jeżdżę na rowerze, pływam, uwielbiam narty. I to są rzeczy, które naprawdę są ze mną spójne.
Dlatego kluczowe jest zadawanie sobie pytań: czy ja naprawdę tego chcę? Czy to mnie wspiera? Dokąd mnie to zaprowadzi? Bo porównywanie bardzo łatwo może nas pchnąć w kierunku, który jest atrakcyjny z zewnątrz, ale zupełnie nieadekwatny do naszej rzeczywistości.
Czasem taka refleksja chroni nas przed bardzo konkretnymi konsekwencjami, nie tylko psychicznymi, ale też fizycznymi. Bo gdybym uparła się na bieganie mimo przeciwwskazań, mogłoby się to skończyć pogłębieniem kontuzji i ograniczeniem mojej sprawności w ogóle.
Więc odpowiedź jest prosta, choć nie zawsze łatwa w praktyce: to jest dla mnie wtedy, kiedy jest ze mną spójne, a nie tylko podobne do tego, co robią inni.
Więc odpowiedź jest prosta, choć nie zawsze łatwa w praktyce: to jest dla mnie wtedy, kiedy jest ze mną spójne, a nie tylko podobne do tego, co robią inni.
Czytaj: O co chodzi w mindfulness? Uważność w teorii i praktyce, w codziennym życiu
Czy porównywanie się może doprowadzić do momentu, w którym zaczynamy się gubić i myślimy: „kim ja właściwie jestem?”
— Absolutnie tak. I myślę, że to jest dziś doświadczenie wielu osób. Żyjemy w świecie, w którym bardzo łatwo „zbierać” elementy od innych — tu się czymś zainspiruję, tu coś podpatrzę, tu się do kogoś upodobnię, tu przyjmę czyjąś opinię. I samo w sobie nie jest to złe, bo możemy się od siebie naprawdę dużo uczyć. Problem zaczyna się wtedy, kiedy brakuje refleksji: dokąd mnie to prowadzi, czy to jest moje, czy to pasuje do mojego życia.
Czytaj: Co to jest dobrostan? Sprawdź definicje i przykłady. Zadbaj o 5 filarów wellbeing
Dlatego kluczowe jest zadawanie sobie pytań: czy ja naprawdę tego chcę? Czy to mnie wspiera? Dokąd mnie to zaprowadzi?
W pewnym momencie może się okazać, że nasze wybory są bardziej odpowiedzią na to, co robią inni, niż na to, kim my jesteśmy. I wtedy rzeczywiście pojawia się pytanie o tożsamość — bardzo fundamentalne, ale też bardzo niewygodne.
Z drugiej strony warto powiedzieć jasno: my potrzebujemy innych ludzi. Jesteśmy istotami społecznymi, od początku życia zależnymi od relacji. Drugi człowiek jest nam potrzebny nie tylko do przetrwania, ale też do regulowania emocji, budowania poczucia bezpieczeństwa, rozumienia siebie. Potrzebujemy swojej „wioski” – ludzi, wśród których żyjemy i do których się odnosimy. I w tej „wiosce” będziemy się porównywać — to jest naturalne.
Ważne jest jednak, jak to robimy. Czy potrafimy zobaczyć, w czym jesteśmy podobni, w czym się różnimy, w czym ktoś jest lepszy, a w czym my mamy swoje mocne strony — bez potrzeby umniejszania sobie albo wywyższania się. Bo zdrowe porównywanie może nas do siebie przybliżać, a nie oddalać.
Natomiast kiedy porównywanie staje się stałym, dominującym sposobem myślenia o sobie, to rzeczywiście może obniżać poczucie własnej wartości. Bo zaczynamy patrzeć na siebie głównie przez pryzmat braków, niedoskonałości, tego, czego jeszcze nie mamy albo nie potrafimy.
I wtedy pojawia się przekonanie, że żeby zasłużyć na uznanie, miłość czy poczucie bycia „wystarczającą”, musimy coś jeszcze zrobić, poprawić, osiągnąć. A ta lista bardzo często nie ma końca. Dlatego tak ważne jest wracanie do prostego, ale fundamentalnego punktu: czy ja potrafię uznać, że jestem w porządku taka, jaka jestem — zanim zacznę się zmieniać? Bo rozwój może być wyborem. Ale nie powinien być warunkiem, żeby zasłużyć na własną wartość.
Czytaj: Iza Maliszewska o budowaniu poczucia własnej wartości i wierze w siebie
Mówiłaś o poczuciu niewystarczalności. Dlaczego bywa tak, że nawet kiedy osiągamy cele i „dowozimy”, nadal czujemy, że to za mało?
— Przyczyn może być kilka, ale jedna z najważniejszych jest zaskakująco prosta: wielu z nas nigdy nie nauczyło się doceniać tego, co już osiągnęło. Nie nauczyliśmy się zatrzymywać, świętować, cieszyć się efektem swojej pracy.
Wyrastaliśmy często w kulturze, w której liczyła się przede wszystkim ciężka praca i ciągłe „więcej”. Słyszeliśmy komunikaty typu:
- „nie chwal dnia przed zachodem słońca”,
- „nie mów hop, póki nie przeskoczysz”,
- „uważaj, żeby nie zapeszyć”.
I one robią coś bardzo konkretnego: uczą nas, że radość jest przedwczesna, że satysfakcja jest podejrzana, że za chwilę i tak wydarzy się coś, co ją odbierze.
W efekcie zamiast celebrować, uczymy się powściągać. Zamiast mówić sobie „zrobiłam coś naprawdę dobrze”, natychmiast przesuwamy uwagę na kolejny cel. Jakbyśmy byli w niekończącym się biegu, w którym meta ciągle się oddala.
Czytaj: Ciągłe zmęczenie i brak energii od rana? 5 sposobów na poprawę samopoczucia
Do tego dochodzi jeszcze szerszy kontekst: żyjemy w kulturze „nigdy dość”. Nigdy dość dobrze, nigdy dość szybko, nigdy dość perfekcyjnie. I nawet jeśli obiektywnie osiągamy bardzo dużo, to wewnętrznie trudno nam to uznać, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobił więcej, lepiej, szybciej.
Dlatego to poczucie niewystarczalności nie wynika z braku osiągnięć. Ono często wynika z braku nawyku zauważania i uznawania tego, co już jest. I to jest kompetencja, której naprawdę można się uczyć: zatrzymać się na chwilę i pomyśleć — „to było dobre, to jest moje, to ma wartość”.
Czytaj: Niebieskie strefy długowieczności. Na czym polega fenomen Blue Zones? Lista Power 9®
Często mówisz: „nie porównuj swoich kulis z czyjąś sceną”. Co to właściwie znaczy w praktyce i dlaczego to tak ważne?
— To jedno z najważniejszych zdań, jakie możemy sobie przypominać, kiedy łapiemy się na porównywaniu. Bo kiedy patrzymy na innych ludzi, najczęściej widzimy ich „scenę” — moment, w którym są przygotowani, skupieni, pokazują efekt swojej pracy, doświadczenia i kompetencji. Nie widzimy tego, co dzieje się za kulisami.
Weźmy prosty przykład: ktoś słucha rozmowy, ogląda wystąpienie, czyta tekst i myśli: „jak oni świetnie sobie radzą”. Tylko że to jest właśnie scena. Za nią stoją godziny pracy, wątpliwości, gorsze dni, momenty zmęczenia, chaosu, niepewności. Tego najczęściej nie pokazujemy, bo scena rządzi się swoimi prawami.
Czytaj: 7 kluczowych wniosków z raportu „Self-care 2025. Jak Polacy dbają o zdrowie, wygląd i samopoczucie”
I tu pojawia się pułapka: patrzymy na czyjąś scenę z perspektywy własnych kulis. Czyli z miejsca, w którym jesteśmy zmęczone, niepewne, może w trakcie nauki, może w trakcie kryzysu. I wtedy bardzo łatwo o wniosek: „ze mną jest coś nie tak, ja jestem gorsza”.
Tyle tylko, że to nie jest uczciwe porównanie. Każdy ma swoje kulisy. Każdy miewa momenty zwątpienia, zniechęcenia, chaosu. Każdy czasem myśli: „nie ogarniam”, „nie zdążyłam”, „mogłam zrobić to lepiej”. Różnica polega na tym, że tego zazwyczaj nie widać na zewnątrz — szczególnie w przestrzeni publicznej czy w mediach społecznościowych.
Dodatkowo często zapominamy o jeszcze jednej rzeczy: o czasie i drodze. Widzimy efekt, ale nie widzimy procesu. Ktoś dobrze coś robi – ale robi to dobrze, bo robi to długo. Ma za sobą setki prób, błędów, powtórzeń. A my, patrząc na ten efekt, oczekujemy od siebie, że osiągniemy podobny poziom „od razu”.
Czytaj: Czujesz wyczerpanie psychiczne? Sprawdź, jak odzyskać energię
I to jest kolejna iluzja, którą tworzy porównywanie — skraca nam perspektywę. Sprawia, że droga innych wydaje się krótsza i łatwiejsza, niż była w rzeczywistości. Dlatego warto sobie regularnie przypominać: to, co widzę u innych, to fragment ich rzeczywistości — często najbardziej dopracowany. A ja mam prawo być w procesie. W kulisach. W miejscu, w którym coś dopiero się tworzy. I to jest w porządku.
Czytaj: Jak żyć długo, zdrowo i szczęśliwie? Poznaj sekrety ludzi z niebieskich stref
Dlaczego dla wielu kobiet wspierające jest usłyszenie, że ktoś inny ma podobne doświadczenia, przeżył coś podobnego i odczuwa w zbliżony sposób?
W swojej pierwszej książce opisałam historię włoskiej plaży. Byłam tam z mężem i małymi wtedy synami. Miałam pewne wyobrażenia i oczekiwania: malownicza scena, radość, wspólna zabawa, a rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Skończyło się wielką awanturą i moją ucieczką, bo poczułam, że już nie daję rady.
Opisałam tę historię po to, żeby pokazać, jaką krzywdę robi nam porównywanie się i sztywne oczekiwania. Gdyby nie one, mogłabym po prostu przeżyć ten moment takim, jaki był. Tymczasem nawet dziś słyszę od czytelniczek, że ta historia im pomogła — zobaczyć, że wszystkie mamy swoje „włoskie plaże”, momenty bezradności, rozczarowania i rozpadu wyobrażeń.
Mam przekonanie, że wszystkim nam pomaga usłyszeć, jak jest naprawdę. Ale to wymaga zatrzymania się, ciekawości i wyjścia poza fasadowe porównywanie się. Bo porównywanie zwykle jest powierzchowne — widzimy tylko fragment drugiej osoby, bez kontekstu.
Dobre życie, dobrostan i szczęście prowadzą nas raczej do ciekawości i uznania tego, jak jest oraz do swobodnego przyznawania się: „ja też tak mam”. Bo kiedy ciągle się porównujemy, przestajemy być ludźmi. A bycie człowiekiem jest właśnie takie – doskonale niedoskonałe.
Jak duży wpływ na nasze samopoczucie i sposób myślenia mają osoby, którymi się otaczamy, zwłaszcza te, które mają tendencję do porównywania się, oceniania innych i rywalizacji?
— Warto nie trzymać się blisko z takimi osobami, bo my tym nasiąkamy. Nawet jeśli nie chcemy, przejmujemy takie sposoby myślenia i zachowania. My, jako ludzie, mamy różną energię — i choć jestem psycholożką pracującą w nurcie evidence-based, powiem to w skrócie: są osoby, które mają w sobie energię porównywania, ciągłego licytowania się i rywalizacji.
Oczywiście często są to mechanizmy przetrwania — ci ludzie funkcjonują tak, bo prawdopodobnie zostali w ten sposób ukształtowani przez swoje doświadczenia. Często robią to nieświadomie. Ale my musimy się zatrzymać i sprawdzić, co to robi nam. Jeśli po spotkaniu z taką osobą myślę o sobie, że jestem beznadziejna albo że inni są beznadziejni, to znaczy, że coś jest nie tak. W takiej sytuacji lepiej trzymać się od tego z daleka.
Czytaj: Codzienność w rytmie self-care. Jak dbamy o siebie? Raport Well Be Studio
Dlaczego zdarza się, że sukces innych interpretujemy jako własną porażkę? Jaką rolę odgrywają w tym błędy poznawcze i przekonania o ograniczoności sukcesu?
— Dlaczego czasami interpretujemy czyjś sukces jako swoją porażkę? Bo ktoś nas tego nauczył i widzimy tylko jedną perspektywę. W psychologii mówimy o tak zwanych błędach atrybucji — to błędy poznawcze, które sprawiają, że różnie wyjaśniamy sukcesy i porażki. Na przykład możemy uznać, że czyjś sukces to przypadek, a nasz wynika z ciężkiej pracy — albo odwrotnie.
Ktoś kiedyś podpowiedział nam taki sposób myślenia, ale kiedy się zatrzymamy, weźmiemy oddech i przyjrzymy się sytuacji z ciekawością, może się okazać, że sukces jednej osoby nie wyklucza sukcesu drugiej. Sukces nie zawsze jest dobrem ograniczonym.
Czytaj: Jak sobie radzić z lękiem? Rozmowa z Marcinem Matychem, czyli dr. Nerwicą
Oczywiście są obszary, jak sport, gdzie miejsca są ograniczone — pierwsze, drugie, trzecie. Ale w wielu sytuacjach życiowych tak nie jest. Na przykład w szkole wiele osób może mieć świadectwo z czerwonym paskiem — to nie jest tak, że tylko kilka osób może odnieść sukces.
W pracy z kobietami używam metafory, że „łąki wystarczy dla wszystkich”. Możemy rozkwitać obok siebie — twój sukces nie stoi w sprzeczności z moim. Nie każdą sytuację można sprowadzać do przekonania, że jeśli komuś się uda, to dla mnie już zabraknie.
Czytaj: O uśmiechu, miłości i dobrostanie. Rozmowa z Katarzyną Pakosińską
Jak radzić sobie z porównywaniem się do innych? Jak uważność, ciekawość i zwolnienie tempa mogą pomóc w zarządzaniu negatywnymi emocjami związanymi z porównywaniem?
— Sposobem na radzenie sobie z porównywaniem się jest uważność, ciekawość i zwolnienie tempa. Kiedy pojawiają się niefajne emocje, stosujemy tak zwany mechanizm dyfuzji — odklejamy się od myśli. Uczymy tego także naszych klientów: zauważamy, że mogę jakąś myśl myśleć, ale nie muszę, że nie wszystkie myśli są moje, niektóre przychodzą nie wiadomo skąd i niekoniecznie mają związek z prawdą.
Nie muszę wszystkich myśli przyjmować za swoje. Mnie bardzo pomaga zapisywanie strumienia myśli — biorę kartkę i długopis albo ołówek i zapisuję, co myślę. Dzięki temu dystansuję się: wyjmuję myśl z głowy, odkładam ją na bok i mogę powiedzieć: „Nie muszę tego myśleć teraz, mogę wrócić do tego później”. To pozwala zobaczyć myśli w perspektywie i odzyskać spokój.
Czytaj: Powrót do równowagi po trudnym okresie. Jak odzyskać wewnętrzny spokój i energię?
Co ty byś powiedziała kobiecie, która porównuje się do innych i jej ciężko?
— Przede wszystkim przytul się mocno. Możesz się porównywać — ja też to robię, to jest bardzo ludzkie. Ale jeśli pomyślałaś o sobie negatywnie, przytul się jeszcze mocniej, bo na to nie zasługujesz. Bądź dla siebie życzliwa i dobra.
Jeżeli w toku porównywania pojawiły się negatywne myśli o innej kobiecie, przeproś ją w myślach — ona też tego mogła nie zasługiwać. Bo porównujesz się do jej sceny, ale w jej kulisach ona też bywa zmęczona, zaniepokojona, czasem zapłakana.
Czytaj: Jak zmienić życie na lepsze i zacząć od nowa? Rozmowa z Gajaną Galstjan
Najważniejsze jest, by zadać sobie pytanie: czy to porównywanie jest dla mnie użyteczne? Czy prowadzi mnie do dobrego życia, do dobrostanu, czy raczej do zamartwiania się i poczucia gorszości? Do czego to porównywanie mi służy i czy pomaga mi w dobrym życiu?
Jeśli już się porównujemy, niech to będzie w sposób, który nas inspiruje i wspiera rozwój — byśmy mogli docenić siebie i zdrowo się rozwijać. Inspiracja innymi może być motorem rozwoju, a nie źródłem poczucia niższości.
Chcesz wiedzieć więcej?
Koniecznie posłuchaj całej rozmowy na kanale Well Be Stories. Pobierz raport „Za daleko od ideału. Presja porównywania a dobrostan kobiet 35+” i przeczytaj artykuły, które powstały na bazie badania „Ty, Twoja codzienność i emocje”.
Artykuł powstał na podstawie podcastu. Wypowiedzi zostały zredagowane.
Youtube: ODz0m9Mdz68



Skąd bierze się to powszechne przekonanie, że dobre życie zaczyna się dopiero wtedy, gdy znika stres? Dlaczego tak rzadko mówi się o tym, że napięcie jest jego naturalną częścią?
Jakie są skutki takiego ciągłego porównywania się do innych, zwłaszcza kiedy staje się to nawykiem i robimy to niemal automatycznie?
Powiedziałaś, że porównywanie samo w sobie nie jest złe, ale w praktyce często wywołuje trudne emocje. Z czego to wynika?
Na jakich płaszczyznach my, kobiety, najczęściej się porównujemy?
Kiedy porównywanie się może być dla nas czymś dobrym, a kiedy zaczyna szkodzić? Gdzie przebiega ta granica?
Kto porównuje się najczęściej? Czy to wynika z dzieciństwa i sposobu, w jaki jesteśmy wychowywani?
Kiedy zaczynamy się porównywać?
Co my, jako rodzice, możemy zrobić, żeby wzmocnić dziecko i ograniczyć negatywne skutki porównywania się?
Dziecko potrzebuje wiedzieć, w czym jest dobre, co jest w nim wyjątkowe, co stanowi jego siłę
Wróćmy do porównywania się wśród dorosłych kobiet. Jak ono wpływa na decyzje, które podejmujemy?




![Za daleko od ideału? Sprawdź, jak porównywanie się do innych wpływa na dobrostan kobiet [raport Well Be Studio]](https://wellbestudio.pl/wp-content/uploads/2026/04/za-daleko-id-idealu-raport-768x501.jpg)







Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *